Trochę nie wiem jak zacząć ten wpis. Za dużo rzeczy chciałabym napisać na raz.
Jak chociażby to, że woda w Balatonie jest koloru wody wymieszanej z mlekiem.
Albo to, że po 4 godzinach w Budapeszcie w pełnym słońcu, kemping nad Balatonem wydał nam się błogim, wyczekanym miejscem i nawet pewne jego niedostatki (jak np. całe 2 lodówki na tak duży kemping) okazały się nieważne.
A może to, że region Badacsony, który wybraliśmy na nasz pobyt tutaj, jest podobno węgierską Toskanią – z czym trudno mi się zgodzić lub nie zgodzić, bo nie byłam nigdy w Toskanii. Ale jeżeli tak właśnie wygląda – to jest to nasz następny przystanek na mapie!
Po rozstawieniu namiotów, zaczęliśmy standardowo grillem, z tą różnicą, że tym razem nad samym Balatonem. Niestety raczej powinniśmy zacząć od prysznica – bo zleciały się do nas chyba wszystkie owady z okolicy 🙂 Nawet unoszące się od nas opary wina ich nie odstraszyły – a baaardzo się staraliśmy 🙂
DZIEŃ 1 – Badacsony
Kolejny dzień nad Balatonem to błogie lenistwo i wtapianie się w trawiastą plażę nad wodą. Chociaż przepraszam, z tym lenistwem to przesadziłam – był też ciężki trening…:)



Kolejna część dnia przyniosła to, czego tutaj najbardziej szukałam. Widoki, spokój, przestrzeń, fantastyczne białe wino (Badacsony w przeciwieństwie do Egeru przoduje właśnie w produkcji białego wina – głównie z węgierskiego rieslinga) i jeszcze raz przestrzeń. Żeby tego wszystkiego doświadczyć trzeba wyjść z cienia pola namiotowego i wspiąć się uliczkami w stronę centrum Badacsony – nasze pole namiotowe Tomaj Camping położone było nieco wcześniej. Szybko okazało się, że im wyżej wejdziesz – tym bardziej widoki zrekompensują krople potu na Twojej koszulce (a może powinnam napisać plamy?:) )




Nie jestem w stanie opisać jak jest tu pięknie. Jak klimatycznie, zielono. Jak cudownie układają się w falowane linie uprawy winorośli – dosłownie wszędzie. Jak niewiele trzeba, żeby zapomnieć o całym świecie zostawionym dobre kilkaset kilometrów za nami. A zapomnieć z każdym kieliszkiem wina coraz łatwiej :). Również – zapomnieć się. Dlatego wybaczcie proszę ilość zdjęć, ale nie umiem zdecydować, których NIE wrzucać.



Na resztkach sił, dotarliśmy do restauracji Szeremley Wine House Restaurant – z pięknym, porośniętym winoroślą tarasem i cudownym jedzeniem. Tym razem ranking gastronomiczny wygrała cielęcina z warzywami i grzybami (głosem 3:1). Co prawda nasza płaszczyzna porozumienia z kelnerem nieco szwankowała (angielski zapomnij, jedynie niemiecki wymieszany z węgierskim), co prawie spowodowało, że dostalibyśmy zupełnie inne dania, a w dodatku, sobie tylko zrozumiałą logiką, kelner zanotował 5 głównych dań dla 4 osób 🙂



Gdzieś przeczytałam, że warto odwiedzić też restaurację Laposa Birtok – z cudownym winem i jeszcze piękniejszym widokiem – widok potwierdzam, wina nie mogę, bo wszystkie miejsca były zajęte. Ale jeżeli macie w planach jakiś romantico wypad – to jest zdecydowanie takie miejsce, ale warto pamiętać o rezerwacji.


My natomiast wylądowaliśmy w bardziej „przaśnym” miejscu, teraz tak sobie myślę, może to i lepiej? Na pewno było bardziej po naszemu 🙂




Co nie zmienia faktu, że wino bardzo szybko zniknęło w naszych gardłach, a my coraz weselej patrzyliśmy na wszystko wkoło, nawet na naszą drogę powrotną w tym słońcu. Żeby za bardzo się nie zmęczyć, zatrzymaliśmy się po drodze na kolejną lampkę wina i kolejną… W każdym razie do namiotu dotarliśmy 🙂
Wieczór przyniósł zmianę pogody i burzę nad Balatonem – jak uda mi się wrzucić filmik to zobaczycie, że burza wcale nie jest taka zła, zwłaszcza w takich warunkach. Ja osobiście uwielbiam.

DZIEŃ 2 – Zamek Szigliget, Tapolca i półwysep Tihany.
Burza przyniosła zmianę pogody. Z 30 kilku stopni zrobiło 22, a wiatr uparł się, że zwieje nam namioty. Dlatego też, zamiast siedzieć na polu w kapturach, pojechaliśmy trochę poznać okolicę. Mateuszek – nasz przewodnik na zawołanie – wymyślił około 100-kilometrową trasę, odpaliliśmy Golfika i ruszyliśmy.
Na pierwszy strzał poszedł zamek Szigliget, który w 1702 roku został wysadzony na rozkaz cesarza austro-węgierskiego, a potem częściowo odbudowany. Nie muszę pisać jak bardzo lubię zwiedzać i z jakim zapałem stałam w kolejce do wejścia 🙂 Ale pokornie weszłam na górę, zrobiłam kilka zdjęć i kolejny raz zachwyciłam się widokami.



Po wizycie na zamku pojechaliśmy do miejscowości Tapolca, słynącej z podziemnego jeziora, po którym można przepłynąć się łódkami. Fajnie. Na miejscu okazało się, że pierwszy wolny kurs jest za kilka godzin, więc jeśli chcecie oszczędzić sobie takiej niespodzianki to warto zarezerwować bilety wcześniej. Pytanie czy na pewno warto? Łódkami płynie się całe 180 metrów – co trwa około 10 minut 🙂


Zamiast jaskini wybraliśmy naziemne atrakcje, w postaci zupy gulaszowej w całkiem przyjemnie położonej restauracji. Niestety kelner był lekkim przeciwieństwem i dopiero po 30 minutach podał nam zupę. Ja się nią nie zachwyciłam, reszta mówi że spoko. Pewnie jakbym zamiast zupy zamówiła kiełbasę byłabym szczęśliwsza – jak to ja 🙂

Ogólnie Tapolca – można, nie trzeba.
Ostatni punktem wycieczki był półwysep Tihany – podobno miejsce, gdzie są najwyższe ceny nieruchomości na całych Węgrzech. Mówi się też, że to miejsce skąd rozciąga się najpiękniejszy widok na Balaton. Chmmm… widok cudowny to prawda – ale czy najpiękniejszy? To zależy czego szukasz. Ja osobiście wolę widoki, których nie muszę dzielić z setką innych ludzi robiących zdjęcia i wyciągających kijki do selfie.
Ale ale miasteczko Tihany to przede wszystkim LAVENDULA – wszechobecna lawenda. Dom lawendy, pola uprawne lawendy, festiwal lawendy, lody o smaku lawendy, kubki, magnesy, opaski na oczy, świeczki, nawet piwo z nutką lawendy. Naprawdę dobrze rozpracowana marketingowo roślinka 🙂




Klimat miasteczka bardzo uroczy, oprócz zapachu, który unosi się od rozwieszonych wszędzie suszek lawendy, kolejnym tutejszym suwenirem jest ceramika – wszelkiego rodzaju. Kubki i garnuszki porozwieszane na drewnianych płotach, w połączeniu z murowanymi domkami pokrytymi strzechą i fioletem lawendy tworzą naprawdę fajną mieszankę. Warto to zobaczyć.




Wracając do kiełbasy 🙂 – w drodze powrotnej nabyliśmy w Tesco prawdziwy węgierski kolbasz i zrobiliśmy ogniskogrilla – kto był ten wie, że proces rozpalania go nie był łatwy, przy okazji zostaliśmy poczęstowani przez stolik obok węgierską nalewką. Choć nie wiem, czy nalewka to dobre określenie, bo miała podobno 52%…
Dla zainteresowanych poniżej dowód, że kolbasze finalnie zostały upieczone.

Tym sposobem pożegnaliśmy się z Balatonem, polem namiotowym i naszymi kochanymi Dziubaskami, którzy następnego dnia ruszyli w podróż powrotną.
My też odpaliliśmy Golfika, ale po to żeby, tym razem, zabrać go do Bośni do Mostaru. Ale o tym w kolejnym wpisie już niebawem 🙂

Piękne miejsce. Fajnie, że dałaś tak dużo zdjęć. Można się rozmarzyć… ten kieliszek ze zdjęcia głównego również fajnie się prezentuje. Zabrałaś sobie na pamiątkę? 😉
To prawda,można sie rozmarzyć!!! A od kieliszka zdecydowanie lepsza była zawartość – uwierz na słowo!:)