Z lekkim niedosytem zostawiliśmy Eger w tyle i po około 1,5 godziny drogi wjechaliśmy do Budapesztu. Na drogę przyda się winieta, bo w dużej części jedziemy autostradą (maksymalna prędkość to 130 km/h – sic!).
Budapeszt to miasto, które potrzebuje kilku dni żeby pokazać co potrafi, dlatego niecałe 4 godziny, które my na niego przeznaczyliśmy to dosłownie ułamek czasu, jaki chce się tu spędzić.
Na szczęście pogoda bardzo nam pomogła zostawić w tyle miastowe mury – bo zwiedzanie centrum przy około 39 stopniach w cieniu jest… sporym wyzwaniem 🙂
Przez zupełny przypadek trafiliśmy na bezpłatny parking obok Parku Miejskiego (Városliget) – w cieniu drzew (co jest tutaj dużą wartością dodaną!) i dalej podjechaliśmy metrem – metrem bardzo klimatycznym, bardziej przypominającym dworzec pociągowy. Bilety albo można kupić w kiosku już na stacji, albo w automatach – ale tutaj uwaga, bo może okazać się, że płatność tylko kartą…

Przechodząc do stacji metra minęliśmy fantastyczny Zamek Vajdahunyad, który powstał, bo… mieszkańcom spodobał się postawiony w tym miejscu, z okazji
1000-lecia Węgier, zespół budynków (głównie drewnianych), które były kopiami budynków z Wielkich Węgier. Na jego wzór w 1904 roku rozpoczęto budowę murowanego ich odzwierciedlenia. Czyli, żadnej legendy o księżniczce, żadnego smoka, zwykły kaprys mieszkańców 🙂


Zaraz obok jest Plac Bohaterów – jeden z największych placów w Budapeszcie.

Architektura Budapesztu jest tak cudowna, że ma się ochotę iść i co chwila krzyczeć, jak tu jest pięknie. Nie wspominając już o widoku na zamek – którego niestety nie udało mi się tak uchwycić jak chciałam, bo świecące prosto w oczy słońce, skutecznie uniemożliwiało zrobienie dobrego zdjęcia.




Kolejnym przystankiem naszego minimalistycznego zwiedzania był przystanek na lody w Gelarto Rosa – ale takich lodów nigdy nie jedliście. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie i zakochać się w formie ich podania.



Potem spacerkiem trafiliśmy pod budynek Parlamentu (powinnam raczej napisać – my z Kasią dowlokłyśmy się, jęcząc i marudząc czy daleko jeszcze, bo chyba mamy już udar :)).



Jak już pokontemplowaliśmy trochę z Józsefem, prawie dostając udaru, znaleźliśmy bardzo fajną, klimatyczną i nie „napompowaną” kawiarnie Espresso Embassy z pyszną mrożoną kawą, która uratowała nam życie. Przynajmniej chwilowo 🙂

Przechodząc przez centrum i dzielnicę ze sklepami, zjedliśmy jakiegoś street fooda – wybitnie dietetycznego – jak to tutaj w zwyczaju:)


Budapeszt. Po tak krótkim czasie nie mam śmiałości nawet w małym stopniu go oceniać. Mogę tylko powiedzieć, że Budapeszt zostawił w nas wrażenie, że widzieliśmy za mało, żeby powiedzieć, że go poznaliśmy i za dużo, żeby nie chcieć tu kiedyś wrócić.

