Eger.
Mogę śmiało powiedzieć, że jakbym została tu dłużej ważyłabym ze 150 kg i byłabym wiecznie pijana:).
A to za sprawą dwóch cudownych rzeczy – langoszy i wina! Langoszy wybornie tłustych i chrupiących, a wina pysznego, pitego w zimnych piwniczkach, albo w ogródkach w Dolinie Pięknej Pani. Ale po kolei…
Kemping, na który trafiliśmy jest naprawdę świetny, oprócz zajebistej atmosfery, naprawdę fajnych łazienek, to jeszcze ta lokalizacja! Jakbyście kiedyś szukali kempingowej miejscówki w Egerze to koniecznie wybierajcie Kemping Tulipan.
A tak radzimy sobie gastronomicznie – jak już nie jemy tłustych langoszy i nie pijemy wina 🙂


Ale żeby nie było, że Polaki cebulaki, i jedzą tylko grilla, postanowiliśmy zaprzyjaźnić się z Egerską starówką i langoszami.
Kiedy nastała cudowna 7:30 i dzieci z namiotu obok bawiły się w szukanie smoków, z naszego namiotu wygoniła nas temperatura. Nawet dobrze, cały dzień przed nami!
Z naszego Pola do centrum Egeru jest ok. kilometr, także piechotą poczłapaliśmy łapać pierwsze węgierskie widoki za dnia. Muszę przyznać, centrum Egeru robi wrażenia, jest uroczo, zabytkowo i mega czysto. Później okaże się, że jest inne miejsce, które stanie się moim ulubionym – ale to za chwilę.



Na śniadanie, w 28 stopniowy poranek nic lepszego od langosza w full opcji – śmietana, ser, boczek i cebula – tłuszcz 150%, ale nic nie szkodzi – czerwone wino pomoże w trawieniu.

Z taką myślą odwiedziliśmy pierwszy lepszy „wine tasting” na drodze do zamku i tu nasza przygoda nabiera rumieńców – nie tylko od wina, ale od emocji. Bowiem właściciel winniczki okazał się zwykłym naciągaczem i kiedy próbowaliśmy wytłumaczyć mu, że jego matematyka różni się od naszej i wydał nam za mało węgierskich forintów zrobiło się mało przyjemnie. Najpierw nas postraszył policją, potem rzucił (domyślam się) kilka obraźliwych uwag w stronę Polaków, a na sam koniec chwycił za stojący w rogu (zupełnie przypadkiem) metalowy pręt i wygonił nas ze swojej uroczej pieczary. No cóż, jak się okazuje, nie zawsze Polak, Węgier, dwa bratanki… W każdym razie to miejsce warto omijać szerokim łukiem. Zdjęcie ku przestrodze – tutaj jeszcze przed.

Potem z małym niesmakiem w ustach (bynajmniej nie po winie) poszliśmy zdobywać zamek w Egerze – i tutaj skończyła się nasza przygoda ze zwiedzaniem zabytków – widoki, armaty, wszystko fajnie, ale zdecydowanie bardziej wolę klimatyczne winniczki i chłodne wino w gardle.


Zamek przyniósł też kilka niespodzianek…:)

Tym sposobem, kolejny raz doceniając lokalizację naszego kempingu, wieczorkiem podreptaliśmy około 5 minut i odwiedziliśmy Dolinę Pięknej Pani w dolinie Szépasszony – i tak, TO jest to miejsce, gdzie mogłabym się zatracać codziennie…



Kilkadziesiąt piwniczek z winem wydrążonych w wulkanicznej skale – każda w swoim rodzaju. Na zewnątrz przeróżne ogródki, gdzie można o prostu usiąść i poddać się urokowi miejsca pijąc lampkę, a nawet lampki wina (już za 2 zł).
Choć ten był jeszcze lepszy, kiedy następnego dnia weszliśmy do niepozornej, ciemnej dziury, zaraz przy skręcie do Doliny Pięknej Pani. Okazało się, że na samym jej końcu jest porośnięta pleśnią winniczka, śpiewający właściciel – miejsce zupełnie bez zadęcia, za to z totalnie prostą atmosferą i jeszcze tańszym winem. Wyszliśmy z plastikowymi butlami wina od pachą i lekko szumiącymi głowami.



Pod wino coś trzeba zjeść – bardzo polecam restaurację przy wejściu do Doliny Pięknej Pani, po lewej stronie – Szépasszony Fogadó. Tam każde nasze danie było przepyszne (moja sarnina z sosem z owoców leśnych była naprawdę baaardzo dobra). Do tego kolejna butelka tutejszego klasyka – wina Egri Bikaver, no i właśnie… Miałam coś napisać wieczorem, ale się nie udało 🙂
A jeśli macie ochotę na przekąskę, to polecam, w okolicach winniczki nr 17 smażone Pincelepény – czyli coś w rodzaju chrupiące naleśniki z ciasta z ziemniakami, oczywiście smażone, np. z serem i szynką. Pod winko – rewelacja!

W ciągu dnia – jako, że o 8:30 było około 30 stopni, podjechaliśmy kawałek za Eger (około 10 km) do miejscowości Demjén , w której jest aż jedna atrakcja – termalne baseny. Za około 75 zł moczyliśmy swoje kształtne… cały dzień i jakoś przetrwaliśmy ten dzień. Właściwie to nie jakoś, ale bardzo zacnie – miejsce naprawdę godne polecenia – pod warunkiem, że wykażecie się większym rozumkiem niż my i zamiast kilkanaście minut błądzić w podziemnych korytarzach prowadzących do różnorodnych mini basenów, od razu z parkingu skierujecie się na basen zewnętrzny 🙂

Usmażeni na skwarki, nieprzyzwoicie opici winem i objedzeni zupełnie nie dietetycznym jedzeniem, rano spakowaliśmy swoje przenośne domy i ruszyliśmy do Budapesztu. Wiadomo – na ten dzień dzień zapowiadali rekordowo wysokie temperatury – więc pobyt w dużym mieście zrobił nam dobrze 🙂 Ale o tym w kolejnym wpisie.
Eger. Jak najbardziej warto. Mieliśmy na niego 2 całe dni i według mnie to wystarczy. Ale patrzę też z perspektywy całej naszej trasy i następnych przystanków – Budapeszt, Balaton. Bo Węgry to miejsce, gdzie chcę jeszcze pobyć. Zdecydowanie.


Z tego co wiem Dziuba nie powinien prowadzić podróżnej kawiarni tylko przenośną bimbrownię 😂
Pamiętaj Dziuba- nie ma sensu udawać kogoś kim się nie jest 😉
A to swoja droga kochana-ale tego oficjalnie nie moge napisać😉
Wino za 2 zł? Jadę. Czekajcie na mnie 😉
P.S. My też się świetnie bawimy.
Kochana! Węgry spożywczo wygrywaja ten wyjazd-zarowno pod katem wina jak i jedzenia (i cen). To jest swietna destynacja👍
Oczekuje na zdjecia samej autorki bloga.brakuje ich,bo to ladna dziewczyna.a komentarz…swietne,swietne teksty.
Jerry to blog nie o mnie tylko o podrozach:)
Ale dziękuje za te słowa-moj najwierniejszy fanie <3