Neapol – dlaczego najlepsza pizza na świecie to za mało?

Neapol – ile ludzi tyle opinii. Uprzedzam, nie będzie cukierkowo i nie będzie ochów i achów. Tym razem to ja będę tą złą. A raczej Neapol. Ale po kolei.

Neapol.

Jadąc tam spodziewaliśmy się mniej więcej (Kuba mniej, ja więcej) co nas może spotkać. Że trochę brudno, że trochę brzydko, że może trochę niebezpiecznie. Ale przecież to kolejny zakamarek do zobaczenia, prawda? Więc jedziemy.

Ale, że aż tak brudno. Że aż tak brzydko (pewnie przez ten brud głównie). No i że aż tak czasem będziemy się patrzeć za ramię, to nie przypuszczaliśmy.

Na wstępie muszę to napisać. Uwielbiam Włochy, włoski klimat, włoskie jedzenie i poniekąd włoską mentalność. Ale to, co przygotowało dla nas południe Włoch, to było zupełnie co innego, niż to, co uwielbiam. No może oprócz jedzenia 🙂 .

Neapol – 1 dzień

Pierwszy dzień, a właściwie jego skrawek, bo lądowaliśmy o 18-tej. Po wyjściu z lotniska, wskoczyliśmy w autobus lotniskowy jeżdżący do centrum Neapolu – Alibus. Kupiliśmy u kierowcy bilety (5 euro od osoby) i już byliśmy w drodze ku przygodzie 🙂 .

Wysiedliśmy na Piazza Garibaldi, czyli głównym punkcie przesiadkowym w Neapolu i ruszyliśmy pieszo w stronę naszego apartamentu (ok. 15 min).

Pierwsze wrażenie.

Z zupełnie dobrym nastawieniem mijaliśmy kolejne ściany całe w napisach i kupki śmieci na ulicach. Mały placyk okupowany przez bezdomnych, z całym ich dobytkiem. Ok. Bywa. Grupki młodzieży na każdym rogu. Normalne. Że głośno – no a jak ma być – godziny szczytu, skutery, samochody. Jeszcze wtedy nie czuliśmy smogu i z uśmiechem (trochę szyderczym) na ustach, braliśmy wszystko na klatę. Ja rozglądałam się, złakniona lokalnych kąsków, które znalazłam w postaci pięknych rogali i innych słodkości, leżących w witrynach wózków wystawionych na ulicę. Fajnie, przecież na to się przygotowaliśmy.

Neapol
Neapol

Nasz apartament okazał się świetną miejscówką, którą z czystym sumieniem mogę polecić każdemu – stanowił nasze ukojenie, naszą ucieczkę od chaosu za ścianą. Gospodarze rewelacja, śniadania w cenie – cudowne, z pyszną kawą z ekspresu, słodkościami, ale też jajecznicą na zamówienie. I ten taras z widokiem na Wezuwiusz…

Widok z tarasu

Pizza – najlepsza jaką kiedykolwiek jedliśmy. Bez jaj.

Po porzuceniu bagaży, pognaliśmy na spotkanie z najlepszą pizzą, jaką kiedykolwiek jedliśmy, w polecanym przez masy miejscu o nazwie Gino e Toto Sorbillo. Po wejściu do środka nie powiedzielibyście, ze właśnie tam będziecie rozpływać się nad „zwykłym” plackiem. Z wyglądu najzwyklejszy bar – i to było właśnie cudowne.

Wejście do Tito de Sorbillo i tradycyjna kolejka oczekujących na stolik.
Tak rodzi się najlepsza pizza na świecie…<3

Pizza w bardzo przyzwoitych cenach – np. pizza margherita kosztowała 5 euro. Ale zdecydowanie wygrała nasz mały ranking, a uwierzcie mi, że codziennie podejmowaliśmy wyzwanie od nowa :). Mój wybór padł na margheritę, ale z małym udoskonaleniem w postaci mozzarelli di bufala, zamiast zwykłej. Kuba wziął kolejnego klasyka, pizzę z prosciutto crudo. Każdy uważał, że jego pizza lepsza, ale zgodnie uznaliśmy, że w naszym życiu NAJLEPSZA.

Niebo w gębie!

Droga powrotna była tragikomiczna. Tragi, bo ilości śmieci na uliczkach po prostu nas powaliły, a coraz większe grupy czarnoskórych mieszkańców Neapolu w tym specyficznym otoczeniu, sprawiały, że zaczynaliśmy się czuć zupełnie nieswojo. Komiczna, bo zaczęło już nas śmieszyć to, że każdy na skuterze chce nas przejechać, a każdy ciemniejszy zaułek wydaje się idealnym miejscem do pozbawienia nas aparatu, czy telefonu. Stąd też ograniczona i trochę chaotyczna dokumentacja foto z pierwszego, zaskakującego wieczora w Neapolu.

Neapol i sklep z mozzarellą di bufala.
Neapol – gdzieś po drodze.
Neapol i jego oblicze po zmroku…
Neapol – zdjęcie wyjazdu zrobione wyjętym szybko telefonem.

Dzień drugi – Procida – walczymy i szukamy czystego powietrza.

Byłam w różnych miejscach. Biednych, bogatych, czystych i tych mega brudnych. Tych mniej bezpiecznych też. I niestety znam siebie i wiem, że jeżeli jakieś miejsce powoduje, że się oglądam za ramię i zwyczajnie czuję się niepewnie (a nie uważam się, za osobę wybitnie strachliwą), to jest pozamiatane. Tracę zapał do szukania smaczków, próbowania wielu rzeczy, szukania TYCH momentów. Może to niesprawiedliwe i odbiera możliwość pozytywnego zaskoczenia, ale taka już jestem.

I niestety, Neapol nie ułatwiał.

Drugiego dnia, w poszukiwaniu czystego powietrza, odrobiny relaksu i spokoju uciekliśmy promem na pobliską wyspę. Z premedytacją nie była to rozpuszczona Capri, ani jej „młodsza siostra” Ischia. Wybraliśmy, wydawało nam się smaczek – lokalną, klimatyczną Procidę. Miało być bez zadęcia i ze smakiem.

Po drodze do metra, którym podjechaliśmy do portu, napotkaliśmy lokalny rynek rozstawiony na ulicach Neapolu. Ta niby zwykła rzecz tchnęła we mnie trochę lokalnego klimatu. Na chwilę zapomniałam o śmieciach, smogu i innych Neapolskich paskudztwach i poczułam TO. Ten ułamek tutejszej codziennej rzeczywistości. Wtedy jeszcze na chwilę odzyskałam zapał i pomyślałam – to będzie dobry dzień :).

Neapol
Neapol i jego smaczki.

Dojechaliśmy metrem z Piazza Garibaldi na stację Municipio, a następnie po krótkich poszukiwaniach kas z biletami (na marginesie, moim zdaniem oznaczenia w Neapolu nie są najlepsze, a czasem po prostu ich nie ma), kupiliśmy bilety (21,20 euro w obie strony/osobę) i zameldowaliśmy się na pokładzie promu.

Widok z portu w Neapolu na zasnuty chmurami Wezuwiusz.

Po godzince dobijaliśmy do wielobarwnego, ale już trochę wyblakłego portu w Procida.

Widok z przybijającego do portu w Procida promu.
Procida i jej portowy klimat.
Pierwsze kroki na Procida.
Napotkany po drodze sklepik z wyspiarskimi rękodziełami.

Wyspa ma tę zaletę, że można ją spokojnie zwiedzić pieszo, poświęcając na to kilka godzin. W sezonie jest pewnie większy wybór nadbrzeżnych knajpek – my musieliśmy się zadowolić kilkoma.

Nasza knajpka na południowym brzegu wyspy Procida.

Świetnie nastawiona, wybrałam szybko makaron z mulami, Kuba zdecydował się na miecznika, który jeszcze długo miał mu się przypominać (dosłownie i w przenośni). Knajpka cudowna, położona na nadbrzeżu, zaraz obok łódek i sieci rybackich. Niestety jedzenie mocno przeciętne, ceny mocno europejskie. Mój makaron oceniłabym na przyzwoity, natomiast, jeśli chodzi o miecznika, muszę zacytować Kubę (zapisałam w telefonie!).

Makaron z mulami i miecznik – raz!

„Smakuje jakbym jadł dno morza. To jest najgorsza rzecz, jaką w życiu jadłem, a jem tylko dlatego, że kosztowało 12 euro. Inaczej bym tego nie tknął.”

Umarłam jak to usłyszałam 🙂 . Ale próbowałam i muszę niestety przyznać mu rację.

Procida

Ale trochę pozytywów! Na wyspie warto wspiąć się na najwyższy punkt – znajdziecie go intuicyjnie, po prostu idąc wąskimi uliczkami w górę, w stronę starego miasta. Widok z niego jest przepiękny – może nie trafiliśmy na najlepszą widoczność, ale mimo wszystko kolorowe ściany nadmorskich budynków tworzą z tej perspektywy przeuroczą mozaikę.

<3
Procida i jej kolorowa odsłona.
Procida – widok gdzieś po drodze.
Widok na Terra Murata z Marina di Corricella, Procida

Sama wędrówka wąskimi uliczkami, oznaczonymi kamiennymi tabliczkami, z cytrusami wyłaniającymi się zza ogrodzeń jest bardzo klimatyczna. Takie małe smaczki, a tworzą naprawdę fajną całość. Niestety, powietrze jest dalekie od ideału, mimo że to mała wyspa. Ale non stop jeżdżące skutery i samochody robią swoje – nie odetchniecie tam świeżą, morską bryzą.

Procida
Procida

Na wyspie spędziliśmy około 5 godzin, osładzając sobie nasz pobyt na sam koniec lodami i wybornym cornetto con crema.

Po przybiciu do portu w Neapolu mieliśmy zamiar pójść pieszo, bo to niedaleko, na najsłynniejszą ulicę Neapolu – Via Toledo. Niestety, dorwała mnie mała kontuzja nogi i nasze kroki skierowaliśmy w stronę metra, którym wróciliśmy na stary, zżulony plac Garibaldiego. Dzień zakończyliśmy kolejną pyszną pizzą, tym razem niedaleko naszego apartamentu. Zasłużyliśmy.

Dzień trzeci – okoliczne must see, czyli dlaczego nie zawsze warto pchać się na Wezuwiusz i czemu Pompeje na zawsze zostaną w naszej pamięci.

Mimo niezbyt ładnej pogody, nasz plan był ambitny. Jedziemy z Piazza Garibaldi kolejką Circumvesuviana w kierunku Sorrento na stację Ercolano (Scavi), gdzie po wyjściu, w pobliskim biurze Vesuvio Express, kupujemy bilety na podróż busem i wejście na Wezuwiusz (20 euro/osobę).

Kolejka Circumvesuviana
Biuro z biletami na Wezuwiusz znajdziecie zaraz po lewej stronie po wyjściu z kolejki.

Autobus dowozi nas na parking pod samym szczytem i… zaczyna padać deszcz. Od tego momentu robi się tylko gorzej. Nasz spacer na szczyt (około 15-20 minut pieszo pod górę) jest zupełnie pozbawiony widoków. Wszechobecna mgła powoduje, że z Wezuwiusza zapamiętamy tylko czubki swoich butów i zapadane końcówki nosa. Niestety, nie udaje nam się nic zobaczyć, krater o 500 metrowej średnicy jest całkowicie zasnuty mgłą, a deszcz zaczyna padać coraz bardziej. Nauczka na przyszłość – ZAWSZE miej przy sobie kurtkę przeciwdeszczową! Tym bardziej, jeśli okazuje się, że zamiast godzinnego zwiedzania, spędzasz na szczycie 5 minut i pozostałe 55 minut czekasz na parkingu na autobus do centrum (kupując bilety w Vesuvio Express ma się 90 minut na całość wyprawy i nie można skorzystać z wcześniejszego autobusu powrotnego).

Uwierzcie na słowo – to jest krater Wezuwiusza.
Zdobyliśmy Wezuwiusz! Tylko czy na pewno, bo nic nie widać…:)

Z tylko Włochom znanych przyczyn infrastruktura na parkingu ogranicza się do małego baro-sklepu, gdzie można napić się herbaty i zjeść zimnego slice’a pizzy. W środku mieści się około 20 osób, upchanych obok siebie. Przy około 150 osobach czekających w deszczu na swoje autobusy, to mało. Bardzo. I do tego oczywiście nieczynna toaleta. Taka sytuacja…

Taka sytuacja.

Wreszcie nasz wyczekany autobus się pojawił! Wezuwiusz powoli znikał za plecami, a my zastanawialiśmy się, czy kontynuujemy naszą wycieczkę do Pompejów czy dajemy sobie spokój i wracamy schnąć do pokoju. Postanowiliśmy być dzielni i wsiedliśmy w kolejkę w stronę kolejnego zabytku, który był ostatnią deską ratunku, żeby nie nazwać tego dnia straconym.

Po wyjściu z kolejki na stacji Pompei Scavi (Villa Misteri) pierwsze kroki skierowaliśmy w stronę…restauracji i kolejnej pizzy. Nic tak nie podnosi na duchu jak dobre jedzenie i … działająca toaleta 🙂 . Po drodze, Pani w biurze informacji próbowała nam sprzedać bilety droższe o kilka euro, dające pierwszeństwo w kolejce. Fajnie, ale jakiej kolejce? Była godzina 14 z hakiem, środek tygodnia, lekko padał deszcz, nie spodziewaliśmy się tłumów. I słusznie. Kupiliśmy regularne bilety w kasie obok bramy Porta Marina (15 euro/osobę) i po chwili byliśmy już między pozostałościami tego pięknego kiedyś, antycznego miasta.

Pompeje
Pompeje
Pompeje i widok na Wezuwiusz.
Pompeje

Przyznaję, Pompeje robią wrażenie. Pewnie w słoneczny dzień jest jeszcze piękniej, ale i tak było naprawdę niesamowicie. Oczywiście poszliśmy tam bez wielkiego przygotowania (podobno dobrze jest wcześniej odwiedzić Narodowe Muzeum Archeologiczne w Neapolu i zagłębić się nieco bardziej w historię), my jednak uznaliśmy, że nasza ogólna wiedza, zaczerpnięta z na szybko z Internetu w zupełności wystarczy. Tak wiem – nie jesteśmy zupełnie muzealnymi freakami, a wycieczki z przewodnikiem omijamy szerokim łukiem. Pewnie wiele tracimy – ale w końcu chodzi o to, żeby czerpać na maksa każde podróżnicze chwile w ten wybrany przez SIEBIE sposób. Kupując bilet można również skorzystać z opcji zwiedzania z anglojęzycznym przewodnikiem, jeżeli ktoś tylko ma chęć.

Pompeje
Pompeje
Pompeje
Pompeje

Na terenie ruin znajdują się kawiarnie, toalety, także bez paniki – można tam chodzić nawet 5 godzin i przeżyć to z godnością. My spędziliśmy w Pompejach niecałe 2 godzinki – ale to głównie przez pogodę, która nie zachęcała do szwendania się po brukowanych, noszących ślady dawnego życia, uliczkach. Ostatnim punktem, jaki zobaczyliśmy, był starożytny amfiteatr – zrobił nas ogromne wrażenie, a na mnie podwójnie, bo (tu mała prywata), to tutaj odegrała się najpiękniejsza scena w moim życiu. Do amfiteatru wchodziłam jako zupełnie zwyczajna dziewczyna, a opuszczałam go jako narzeczona. Tak, Pompeje są super! 🙂

Pompeje – Amfiteatr

Nie wiem czy to sprawiły te emocje, czy wizyta w tym magicznym zastygłym mieście, czy jedno i drugie, ale po wyjściu z ruin zachwyciliśmy się miastem wkoło. To wreszcie były Włochy, do których przyjechaliśmy. Klimatyczne i czyste uliczki, kawiarnie, w których chce Ci się usiąść, zjeść Tiramisu i napić się pysznej włoskiej kawy. Brak turystów jeszcze wzmocnił pozytywne wrażenie. Udało się, odnaleźliśmy światełko w naszym mrocznym neapolitańskim tunelu.

<3

Nie chcę powiedzieć, że Pompeje to było jedyne fajne miejsce, jakie udało nam się odwiedzić podczas naszego krótkiego pobytu w Neapolu i okolicach. Po prostu, Neapol jako miasto nie przekonał nas do siebie, nie rozkochał, nie zaintrygował. Naprawdę staraliśmy się zaczynać każdy dzień z optymizmem i wiarą, że fajne momenty wpadną do serducha. I tak było. Ale są to momenty z bycia tam RAZEM, gdzie TAM właściwie było tylko szarym tłem.

„To my tworzymy klimat” – Kuba

P.S. Włochy – jeszcze z Wami nie skończyłam 🙂 !

Dodaj komentarz