Pierwsza myśl, kiedy usłyszałam, że lecimy do Stavanger, to było „super – znowu w drogę :)”. Druga: „co ja właściwie wiem o Stavanger?”…. Nic. Tyle, że leży w Norwegii. Norwegia zawsze była na liście moich miejsc „do zobaczenia”, więc…czemu nie 🙂
Stavanger okazało się klimatycznym, mały miasteczkiem portowym, mającym może niezbyt wiele do pokazania, ale na 2 dni w zupełności wystarczyło. A do tego jest świetnym miejscem wypadowym na słynną w Norwegii półkę skalną (ang. Pulpit Rock), na którą ze Stavanger można dopłynąć promem lub dojechać samochodem (około godzina drogi).

[icon name=”bus” class=”” unprefixed_class=””] Centrum Stavanger znajduje się około 15 km od lotniska i można dostać się do niego na cztery sposoby:
- Autobusem Flybussen – ekspres, jedzie w przybliżeniu 25-30 min i kosztuje około 120 NOK / osobę
- Autobusem miejskim linii Kolumbus – teoretycznie jedzie ok. 55 min, ale nam trasa zajęła jakieś 30 min. – koszt biletu, w zależności czy kupiony w automacie (nie polubiliśmy się z nim), czy u kierowcy (drożej) to 33-44 NOK / osobę.
- Taxi – koszt około 300 NOK
- Autostopem
Wybraliśmy wersję 2 – ekonomiczną. Nasza podróż z lotniska była świetnie przygotowana. Wiedzieliśmy, na którymi przystanku mamy się przesiąść i ile mniej więcej to zajmie. Okazało się, że Norwegia pierwszy raz z nas zakpiła – przystanki były na żądanie, a w dodatku na żadnym nie było nazwy. Misternie opracowana trasa na Google Maps okazała się tyle warta co nic. Na szczęście kierowca był bardzo pomocny i wskazał nam przystanek, na którym powinniśmy się przesiąść.
Po drodze zastanawialiśmy się na jaką pogodę trafimy – w końcu to Norwegia. Naszych obaw nie rozwiało spotkanie z Polakiem mieszkającym w Stavanger od kilkunastu lat, który stwierdził, że „tutaj pada, albo ciągle pada”. Jednak to nie zgasiło naszego entuzjazmu, bo przecież, na pewno będzie pięknie! I było!

[icon name=”bed” class=”” unprefixed_class=””] Nocleg
W Norwegii wiadomo, tanio nie jest, o czym na każdym kroku przypominają mijające cię Tesle. Dlatego już szukanie noclegu potraktowaliśmy jako wyzwanie. Po raz kolejny nie zawiódł Airbnb, gdzie znaleźliśmy wspaniałe mieszkanie w samym centrum Stavanger, kilka minut pieszo od portu i sklepów, w naprawdę przyzwoitej cenie. Mieszkanie miało dodatkowo ten plus, że mogliśmy sobie coś ugotować – co uwierzcie mi – przy naszej zasobności portfela, okazało się kluczowe 🙂 Bezpośredni link do mieszkania na Airbnb tutaj.
[icon name=”shopping-cart” class=”” unprefixed_class=””] Ceny
Nie chciałam, ale muszę to napisać. Nie chciałam, bo nie przez prymat cen patrzę na tę wyprawę, ale muszę, bo warto się dobrze przygotować. Jest drogo. Bardzo. Dlatego my, jak prawdziwe Polaki- cebulaki, zaopatrzyliśmy się w Polsce w zupki chińskie i inne obiady instant – jak były pyszne, możecie zobaczyć na filmie 🙂
Wiedzieliśmy też, w jakich sklepach kupować (dobrym rozwiązaniem są sieci, np. KIWI) i co. O cenach chleba słyszałam już wcześniej i niestety nie były one tylko urban legend – bochenek to koszt około 15- 20 zł. Ale jest też świetna alternatywna! Pod warunkiem, że masz do dyspozycji piekarnik – na wpół upieczone bułeczki, w cenie zupełnie Polskiej, do tego zawsze chrupiące i pyszne po zrobieniu.
Nie nastawialiśmy się na smakowanie lokalnych dań – bo zwyczajnie zjadłoby to nasz budżet, który woleliśmy przeznaczyć na np. wycieczkę na fiordy – po to tu przyjechaliśmy! Tym razem kulinarne doznania dostarczał nam popcorn i domowy drink z zakupioną na lotnisku żołądkowa gorzką i sokiem jabłkowym – ja nie narzekałam, Kuba również 🙂

Stavanger
Pierwszy dzień przywitał nas piękną pogodą z bezwstydnym słońcem. Cudowny dzień na zwiedzanie Stavanger – oczywiście pieszo, bo jak się okaże, miasteczko nie jest zbyt rozległe. Ale ma za to swój niepowtarzalny klimat miasteczka portowego, z białymi, drewnianymi domkami i kolorowymi restauracjami, które oglądaliśmy tylko z zewnątrz. Jak już jesteśmy przy białych domkach, to pierwszym miejscem, które świadomie zwiedziliśmy, wyposażeni w aparat, mapę tego ogromnego miasta i uśmiech na twarzy, było Stare Miasto, tzw. Gamle Stavanger. Osada licząca aktualnie 200 drewnianych białych domków z przełomu XVIII/XIX wieku położona jest na niewielkim wzgórzu, skąd można zobaczyć zatokę Vagen. Spacer pośród nich jest krótki, ale zapadający w pamięć. Domki, zamieszkane na co dzień przez mieszkańców, tworzą drewniany, klimatyczny labirynt, na pewno warty odwiedzenia. Jak do tego dodacie cudowną jesień, różnokolorowe liście i dość mocne jeszcze promienie słońca, to możecie wyobrazić sobie, jak my się tam czuliśmy…



Kolory domków w Norwegii miały swoje podłoże m.in. w profesji właściciela i jego sytuacji materialnej. Najtańszą farbą, była farba czerwona (kiedyś wytwarzano ją m.in. z krwi ryb), natomiast biały kolor domu świadczył o zamożności mieszkańca (do wytworzenia białej farby trzeba było dodać biel cynkową).
Po nasyceniu się wszechobecną bielą i klimatem domków portowych, ruszyliśmy dalej, w górę miasta, w poszukiwaniu znalezionego gdzieś w przewodniku punktu widokowego – Valandstarnet. Już sam spacer tam był fajną przygodą, bo zaczynaliśmy wsiąkać w Norweskie klimaty. Klimaty spokojne, grzeczne, czyste, poukładane. Ten spokój nam się udzielił i ustępował tylko momentom ekscytacji Kuby, kiedy mijaliśmy kolejną Teslę 🙂


Punkt widokowy został znaleziony, odhaczony, z obowiązkowym zdjęciem panoramy Stavanger, rozciągającej się wkoło.

To był nasz dzień na chłonięcie miasteczka, poznawanie nowej, zupełnie innej kultury. Nagle okazuje się, że dochodząc do przejścia dla pieszych, wszyscy cię przepuszczają, bez nerwowych gestów ani wykrzywionej twarzy. Ludzie spacerują spokojnie, rozkoszując się chwilą, pilnując, żeby nic nie zakłóciło ich poukładanego, perfekcyjnego świata. Ma to swój urok. Nie wiem, czy odnajduję się w takich klimatach. Chyba bliższy mojemu sercu jest trochę szalony, nieuporządkowany zgiełk Tajskich ulic, przeplatany zapachami potraw przygotowywanych na ulicy. Ale mimo wszystko, jest to coś czego warto doświadczyć, chociażby po to, żeby wiedzieć, że są takie miejsca na ziemi i jak już kiedyś się zestarzejemy, zapragniemy spokoju i porządku, no i wygramy w totka, to możemy się tam przeprowadzić 🙂
Po przerwie na domowe danie orientalne typu instant, wieczorem odkrywaliśmy nowe oblicze Stavanger.



Zupełnie przypadkiem trafiliśmy na świąteczny Festiwal Świateł, na ulice wyszli chyba wszyscy mieszkańcy i wspólnie poruszaliśmy się pod rozświetlonymi girlandami w kierunku bliżej nieokreślonym. To, co zwróciło naszą uwagę, to mnóstwo kolorowych murali w centrum (pozostałość po innym festiwalu) i to, że często przed sklepami z odzieżą wystawione były stoliki, przy których można było usiąść i napić się kawy (raczej przyniesionej ze sobą, ale nie zawsze).




Po powrocie do naszego mieszkania, uczciliśmy ten dzień wcześniej wspomnianym drinkiem i zaczęliśmy przygotowywać się do jutrzejszej wyprawy…
Preikestolen – ang. Pulpit Rock
To miejsce sobie wymarzyliśmy i było obowiązkowym punktem do odhaczenia na naszej mini Norweskiej liście. Dzień wcześniej, po sprawdzeniu prognozy, w biurze informacji turystycznej kupiliśmy bilety łączone na prom i autobus (koszt ok. 300 NOK / osobę, więcej info tutaj), które dowiozły nas do najsłynniejszej w Norwegii półki skalnej – Preikestolen.


Promem płynęliśmy do Tau, skąd odebrał nas autobus, którym dotarliśmy na parking u odnóża Preikestolen. Stąd, wyposażeni w prowiant (profesjonalne przekąski typu snickers i wodę), ruszyliśmy pieszo po skalnej ścieżce na podbój wspomnianego klifu. O widokach pisać nie muszę, lepiej oddadzą je zdjęcia.








Po około 3 godzinach spaceru dotarliśmy do słynnej skalnej półki. Wcześniej czytałam, że ludzie w sezonie często śpią w namiotach po drodze, żeby być wcześnie rano na półce i zrobić sobie zdjęcie bez dodatkowych kilkudziesięciu twarzy w kadrze. My byliśmy poza sezonem, na szlaku spotkaliśmy kilku innych turystów, a na samej półce był moment, że byliśmy sami. I wtedy Norwegia zakpiła z nas znowu – bo mimo pozornej możliwości zrobienia niezapomnianego zdjęcia na skraju półki, wiał taki wiatr, że wszystko na co mogliśmy sobie pozwolić to zdjęcie z oddali, spory kawałek od przepaści. Ale….od czego jest Photoshop i umiejętności naszych kolegów z pracy (Pablo – pozdrawiamy :)). Dzięki nim i ja na chwilę znalazłam się na skraju przepaści. Przynajmniej na zdjęciu.


Ale oczywiście nie o zdjęcia chodzi, tylko o widoki. Widoki zapierające dech, wyglądające jak wklejone w krajobraz. Gdzieś pomiędzy walką o życie na wietrze, a jedzeniem najlepszego w tym momencie snickersa, były TE momenty. Już wiem, o co chodzi z tą Norwegią <3
W drodze powrotnej złapał nas deszcz, który jak się miało okazać, nie opuścił nas już do samego wyjazdu. Nasz limit szczęścia pogodowego został ewidentnie wyczerpany.
Ale to nie szkodzi – wszystko, co chcieliśmy zobaczyć – zobaczyliśmy, oświetlone pięknym słoneczkiem, i to właśnie te chwile zostaną w naszych pierwszych wspólnych wspomnieniach.
Skrawek naszych norweskich momentów w filmiku poniżej:
montaż: Jakub Lisiak <3
