Tajlandia – 3 tygodniowa inicjacja.

Rok 2012. Mój pierwszy wyjazd z plecakiem. I natychmiastowa miłość.

Poniżej plan na 3 tygodnie – ambitny, ale wykonalny 🙂

Phuket – Chiang Mai – Chiang Rai – Chiang Khong – Luang Prabang (Laos) – Wientian (Laos) – Bangkok – Trat – Koh Chang – Bangkok – Phuket

„Phuket…
daleko od domu,
różnica czasu +6h,
wilgotność plus milion.
Azja jest super!”

To jest mój pierwszy opis w albumie ze zdjęciami (tak, mam jeszcze takie relikty). Pamiętam rzeczy, które uderzyły mnie najbardziej, kiedy 23 listopada 2012 roku wylądowałam tak daleko od domu.

Najpierw – powietrze. Gorące, super wilgotne, pachnące…inaczej.

Potem – ilość kabli na ulicznych słupach.

A na końcu – jet lag. Pierwszy raz w życiu miałam do czynienia z taką różnicą czasu i w połączeniu z ogólnym szokiem temperaturowym, jaki doznałam na miejscu, po prostu powalił mnie na łopatki. Ale za dużo było do zobaczenia, do spróbowania, do przejechania, żeby tracić czas na sen. Dlatego, z zapałkami w oczach chłonęłam pierwsze tajlandzkie chwile. Chwile, które miały potem zostać na zawsze w głowie i sercu, które zmieniły zupełnie mój sposób postrzegania określeń „inna kultura” czy „daleko od domu”.

Pierwsze zdjęcia – Phuket
Taka sytuacja

Byłam w innym świecie. Przyznaję – Phuket był najsłabszym ogniwem naszej wyprawy, ale ze względów logistycznych, musiał po prostu się pojawić. Na chwilę, bo raptem jedną noc – następnego dnia czekał już samolot do złapania.

Nasza trasa na 3 tygodnie obejmowała: Tajlandię Północną (Chiang Mai, Chiang Rai), spływ Mekongiem przez Laos, krótką wizytę w tamtejszej stolicy, podróż przez Bangkok do Trat, skąd popłynęliśmy promem na wschodnią wyspę Koh Chang. Potem już powrót przez Bangkok do Phuket i samolot do domu. Było ambitnie. Ale się udało. I to jak!

Tajlandia w 3 tygodnie – trasa

PHUKET

Wiele nie mam do napisania. Właściwie potraktowaliśmy to miejsce bardzo roboczo, jako przesiadkę. Wtedy odniosłam wrażenie, że to taki tajlandzki Egipt – dużo naganiaczy, nie wszyscy uczciwi. Na dworcu autobusowym czekaliśmy godzinę na autobusy na lotnisko, które nigdy nie przyjechały. Okazało się, że taksówkarze opanowali teren i luki w rozkładzie jazdy nie są przypadkowe. Bo jak zaczynasz mieć dramatycznie mało czasu, a wiesz, że Twój samolot odleci tak czy siak, to z reguły wymiękasz i bierzesz taksówkę (w cenie nieporównywalnie wyższej niż bilet autobusowy). Ale ja nienawidzę być stawiana pod ścianą, więc zagryzłam zęby, wzięłam plecak i złapałam tuk tuka dalej od dworca, który za połowę taksówkarskiej stawki zabrał nas na lotnisko.

Phuket i dziura na nasz autobus widmo

I tutaj miłe zaskoczenie – plaża koło lotniska, gdzie spędziliśmy pierwsze niespieszne chwile w oczekiwaniu na nasz samolot (byliśmy finalnie dużo wcześniej). Spróbowaliśmy na spokojnie pierwszej tajskiej zupy (już wtedy wiedziałam, że ta kuchnia stanie się jedną z moich ulubionych), obserwując rodziny lokalsów rozkładające się na plaży z własnymi kuchniami podręcznymi (garnki z ryżem są na porządku dziennym). Ktoś mi powiedział, że cała ta kultura jedzenia na ulicy wywodzi się stąd, że w Tajlandii ludzie nie lubią być głodni (a gdzie lubią!) i muszą mieć możliwość szybkich, tanich przekąsek po drodze. Nie wiem czy to prawda, ale jeśli tak, to dzięki za ten pomysł 🙂

Phuket – plaża przy lotnisku

CHIANG MAI

„Ukochane Chiang Mai!
Północ Tajlandii.
Najwięcej uśmiechu,
najmniej turystów,
najbardziej tajsko i … rajsko!”

Kolejny wpis w albumie. To prawda. Chiang Mai skradło moje serce. W ogóle uważam, że cała północna Tajlandia jest dużo bardziej autentyczna niż turystyczne południe. Oczywiście przez te kilka lat mogło się to zmienić, zwłaszcza ilość turystów :), ale wolę myśleć, że jak tam wrócę, to odetchnę i pomyślę sobie „stare, dobre Chiang Mai”.

W Chiang Mai zabawiliśmy chwilę. Zupełnym fartem trafiliśmy na festiwal lampionów – dzięki czemu stare miasto wyglądało bajecznie.

MUAY THAI

To tutaj również miałam okazję oglądać boks tajski (muay thai) – polecam Wam, żebyście, jak będziecie mieli okazję, wybrali się na taką imprezę – info o niej znajdziecie na plakatach albo w pobliżu klubów – mnóstwo ludzi z ulotkami. Nie jest to gala na poziomie światowym, nazwisk zawodników pewnie nie znajdziecie w rankingach TOP 10, ale moim zdaniem warto. Przy odrobinie szczęścia, uszczkniecie trochę sportowego klimatu, zobaczycie, że nawet przy tak podrzędnych imprezach, nadal praktykowane są tradycje i zachowania wywodzące się z historii tego sportu. Zawodnicy przed walką obchodzą ring, wykonując przy tym rytualne gesty. Samych walk nie oceniam – przecież zupełnie się na tym nie znam :), ale przyznaję, że widok walczących dzieci trochę wbił mnie w krzesło. Tak czy siak, jeśli macie chwilę, łapcie bilet i nie odmawiajcie sobie zobaczenia tego sportu w jego stolicy (choć geneza muay thai jest ponoć dyskusyjna).

Zawodnik Muai Thai przed walką
Muai Thai – walka dzieci

To co mnie urzekło w Chiang Mai, to otoczone murami Stare Miasto z niezliczoną ilością świątyń. To nocne bazarki, z przeróżnym jedzeniem i ubraniami. To klimat i ludzie.

Chiang Mai – nocne życie
Chiang Mai – nocny market

NIEZLICZONE ŚWIĄTYNIE

Jako, że jeszcze wtedy na widok tajskiej świątyni robiłam wielkie oczy, to na początku ich zwiedzanie mnie cieszyło. Przy piątej, szóstej z kolei, okazało się, że to trochę jak oglądanie ciągle tego samego – nie umniejszając, bo wiele miało naprawdę coś w sobie i było wartych zobaczenia! Zresztą, sami zobaczcie.

Na szczęście, z pomocą przychodziło wtedy wypite niespiesznie zimne piwo LEO, postawione na stoliku gdzieś na bocznej uliczce starego miasta. Po całym dniu biegania w japonkach na ratunek moim stopom przyszedł masaż, który zafundowałam sobie w przypływie rozrzutności. Warto było, oj tak…

To właśnie w Chiang Mai przechodziłam swoją inicjację …żywieniową. Chodząc po nocnym targu, odkrywałam co chwilę nowe smaki, warzywa, liście, które o dziwo jadłam (kto mnie zna, wie, że wszelkie liście w kuchni mogą dla mnie nie istnieć. Tak, sałata też :)). Powiem więcej, zakochałam się w tym jedzeniu. Prostym, ale pysznym, bogatym w smaki, których wcześniej nie znałam. Wiedziałam już, że chcę tam tylko tak jeść. Na ulicy, trzymając w ręku szaszłyk z krewetkami, albo talerzyk z makaronem. No i desery też… 🙂 Na przykład Mango Sticky Rice. To po prostu, a nawet aż, pokrojone mango, położone na ugotowanej w mleku kokosowym specjalnej odmianie kleistego ryżu.

To, na zmianę ze zwykłym Pad Thaiem (tradycyjne tajskie danie z makaronu ryżowego smażonego z jajkiem, z sosem z tamaryndowca, połączonego z fasolą mung, orzeszkami ziemnymi i innymi dodatkami), stało się moim codziennym śniadaniem. Myślę, że nie ma sensu próbować opisywać te smaki – tego po prostu trzeba skosztować. Moim zdaniem, jedzenie spokojnie może stać się jednym z głównych argumentów, dla który trzeba odwiedzić Tajlandię.

Wracając z kulinarnego nieba na ziemię, jeżeli szukacie dodatkowych wrażeń, to Chiang Mai stanowi doskonałą bazę wypadową na trekkingi, również takie kilkudniowe. My niestety nie mieliśmy na to czasu, bo była przed nami jeszcze ogromna masa miejsc do zobaczenia. Metodą eliminacji, postawiliśmy na 2-dniowy spływ Mekongiem przez Laos. Bilety kupiliśmy we wcześniej wygooglowanym biurze w Chiang Mai.

CHIANG RAI – CHIANG KHONG – PAKBENG (LAOS) – LUANG PRABANG (LAOS) – WIENTIEN (LAOS)

Nasza wycieczka – nie lubię tego słowa, ale tak ją trzeba nazwać, obejmowała transport z Chiang Mai do Chiang Khong, miejscowości na granicy z Laosem i dalej spływ Mekongiem, z noclegiem w Pakbeng, aż do Luang Prabang.

CHIANG RAI I WAT RONG KHUN, CZYLI WHITE TEMPLE.

Po drodze zatrzymaliśmy się w Chiang Rai na szybkie zwiedzanie tzw. Białej Świątyni. Jest to najbardziej charakterystyczna świątynia buddyjska w całej Tajlandii. Zaprojektowana przez lokalnego artystę Chalermchaia Kositpipata, nadal nieukończona (szacowany czas ukończenia to 2070 r.). To miejsce naszpikowane symbolami, nie tylko religijnymi, ale też sci-fi – tak dobrze czytacie. Po przejściu przez charakterystyczny most nad lasem wyciągniętych w Waszą stronę rąk grzeszników, w środku na ścianach obok wizerunku Buddy, zobaczycie sceny z Matrixa, Elvisa Presleya i płonące wieże WTC. W ogrodzie, obok figur demonów z ziemi wychodzi… Predator. Czy jest to arcydzieło, czy super kicz, pozostawiam do indywidualnej oceny. Na pewno jest to miejsce jedyne w swoim rodzaju, które przez swój charakter, jest warte zobaczenia.

Po wizycie w Białej Świątyni, jedziemy dalej naszym busikiem, do Chiang Khong, przygranicznej miejscowości, leżącej nad Mekongiem. Tam mamy chwilę wytchnienia i udaje nam się złapać naprawdę potężną porcję innego klimatu.

CHIANG KHONG (TAJLANDIA)  – HUAY XAI (LAOS), MEKONG

Życie tutaj jest zupełnie inne. Powolne, dyktowane tym co przyniesie Mekong. Mam wrażenie, że trafiłam na prawdziwą tajlandzką wioskę i uwielbiam to. Mamy całe popołudnie, bo dopiero nad ranem ruszamy naszymi łodziami z Huay Xai w Laosie.

Podczas tej wyprawy poznaję naprawdę fajną grupę ludzi (w tym Tomka z Polski – świat jest mały), z którymi jak się później okaże spędzimy jeszcze parę niezapomnianych chwil w Laosie. Wieczorem siadamy nad brzegiem Mekongu, chłonąc powolne minuty tutejszej atmosfery. W pewnej chwili podjeżdża do nas Tajka na skuterze, zagaduje i częstuje domowej roboty cukierkami (z mleczka kokosowego). Zapytana, czy można je gdzieś dostać, odpowiada, że nie i odjeżdża. Kiedy wracamy już pieszo do naszych kwater, nagle podjeżdża na skuterze do nas ta sama kobieta i wciska nam w ręce paczkę tych cukierków. Zapala mi się światełko – acha, chce na tym zarobić. Ale ona uśmiecha się, mówi że to dla nas prezent i odjeżdża. A ja powoli, coraz bardziej przekonuje się, że niektórzy ludzie są naprawdę niesamowici.

Rano przeprawiamy się na drugi brzeg, na laotańską stronę i czekamy na wstemplowanie wizy do paszportu (do Laosu obowiązują wizy, potrzebne 2 zdjęcia i 30 USD, wniosek wypełnia się na miejscu).

Slow boat’y na rzece Mekong

Po przejściu wszystkich formalności, dostajemy się na pokład łodzi, która mieści około 80 osób. Nas jest grubo ponad setka, a ja losuje specjalne miejsce na dostawionym plastikowym krześle w przejściu. Zaraz koło silników. I kurczaków. I wszystkiego co możecie sobie wyobrazić, bo te łodzie, to nie tylko transport turystyczny, lokalsi jak najbardziej też z niego korzystają.

Widok na strefę turystyczną…
… i na tę mniej turystyczną. Moja mina? Tak, nie byłam wybitnie zadowolona ze swojego miejsca :)))

Rozpoczynamy około 7 godzinną podroż Mekongiem. Niezapomnianą. Z wielu powodów. Przede wszystkim NIESAMOWITYCH widoków. Nie będę ich opisywać, niech mówią za mnie zdjęcia. Enjoy.

Na pokładzie można kupić zimne piwo, zupki chińskie i inne przekąski. Ceny dość wysokie – ale po prostu nie masz wyjścia. Poza tym – kiedy znowu napijesz się w takich okolicznościach?

Wieczorem dobijamy do naszego przystanku – malutkiej wioski Pakbeng, położonej mniej więcej w połowie drogi. Wioska to typowa noclegownia dla turystów będących na takim spływie jak my. Jej mieszkańcy, w tym gromady dzieci, czekają na nas na pomoście, podczas kiedy nasz Slow Boat przybija do brzegu.

Ze znalezieniem noclegu nie ma zupełnego problemu. Ruszamy z plecakami w górę Pakbeng i wybieramy coś niskobudżetowego. Łapiemy się jeszcze na lokalną kolację, w jednym z kilku barów przy głównej i jedynej drodze. Do kolacji dostajemy butelkę lokalnego bimbru gratis – po spróbowaniu już wiemy czemu gratis. Smakuje jak wywar ze starych opon. W zupełnym przeciwieństwie do naszej kolacji, która znowu, mega prosta, ale zachwyca mnie nieznanymi smakami.

Następnego dnia kontynuujemy nasz spływ, który po kilku godzinach kończymy w miejscowości Luang Prabang w Laosie.

LAOS – LUANG PRABANG

Luang Prabang to dawna stolica Laosu. Jest przepiękne! Klimatyczne, spokojne. Spędzamy w nim 3 dni, rozkoszując się byciem przez chwilę milionerem (inflacja…) i wydając kipy (waluta w Laosie) na cudowne jedzenie i różne pierdoły znalezione na tutejszym nocnym targu.

Wesoła ekipa z całego świata
Targ nocny w Luang Prabang

Dwie rzeczy z Luang Prabang pamiętam najlepiej. To jak wstaliśmy o 4 rano, żeby zobaczyć tradycyjny przemarsz mnichów buddyjskich, którzy co rano obchodzą tą samą trasą miasteczko, ustawieni w charakterystycznym szeregu. Zbierają od mieszkańców dary, głownie jedzenie, które potem w ciągu dnia spożyją. Nie cierpię wstawać rano. Ale warto było.

Druga, to nasza wycieczka na oddalone o 30 km wodospady Kuang Si. Zebraliśmy kilka chętnych osób, poznanych podczas spływu, wzięliśmy dużego tuk tuka (czyli songthaew) i pojechaliśmy. Wstęp do parku jest płatny i kosztuje 20 000 kip/os. Świetne miejsce dla złapania trochę ochłody (woda, była baaardzo orzeźwiająca :)) i ładnych widoczków.

Z Luang Prabang do Wientien – stolicy Laosu, wzięliśmy nocnego busa. Busy VIP są dostosowane do nocnych podróży, maja duże, rozkładane fotele, więc można się przespać. Mniej dostosowane są drogi…ale taki urok Laosu. Jeżeli wydaje Ci się, że za chwile zginiesz, to po prostu zasuń zasłonkę i włóż słuchawki do uszu – obserwowanie drogi nie pomoże 🙂

LAOS – WIENTIEN

Do stolicy Laosu docieramy wczesnym rankiem. Z ogromną ulgą wysiadam z naszego busa, dziękując Bogu, że dojechałam cała i zdrowa. Na poprawę samopoczucia idealnie pasują owoce i czarna, mocna kawa.

Na Wientien przeznaczyliśmy kilka godzin, bo po południu łapiemy już pociąg do Bangkoku. Jest to zupełnie wystarczająca ilość czasu, stolica Laosu bowiem nie zachwyca wybitnie.

Ostatni posiłek w Laosie – pyszny, oczywiście.

Zaliczamy obowiązkowe punkty, pomniki (foto z pomnikiem Wam daruję…) i … relaks na trawie w parku – jest jakieś milion stopni i dalsza wędrówka po tym mieście po prostu przegrywa z zimnym piwkiem pitym w cieniu.

Do pociągu przejeżdżamy przez tzw. Most Przyjaźni Tajsko – Laotańskiej, łączący prowincję Nong Khai w Tajlandii z Wientianem, stolicą Laosu. Pakujemy się na pokład pociągu sypialnianego, odnajdujemy nasze kuszetki (ważne jeśli podróżujecie bez klimy, żeby załatwić sobie bilet na kuszetki na górze – bo na suficie są wiatraki i dzięki nim przetrwacie całą podróż w miarę komfortowej temperaturze). A mowa tu o 14 godzinach jazdy. Ja tam bardzo lubię tę formę transportu, oszczędzasz na czasie i noclegu, łapiesz trochę tutejszego klimatu no i … czujesz się znowu jak na koloniach 🙂

Pani ma relaks.

Z POWROTEM W TAJLANDII

W Bangkoku mamy przesiadkę w bus jadący do Trat – miejscowości, z której wypływają promy na wschodnie wyspy, w tym na Koh Chang – wyspy, gdzie zamierzamy spędzić kilka leniwych dni. Kupując bilety, od razu kupiliśmy bilet łączony na bus i prom. Naprawdę nie mogę wyjść z podziwu, jak dobrze zorganizowana jest tutaj komunikacja (a przecież mowa o podróży z przed dobrych kilku lat).

KOH CHANG – WYSPA SŁONIA – pora na trochę rajskości i błogiego nic nierobienia.

W Tajlandii nie brakuje miejsc, gdzie możesz odpocząć na rajskiej plaży. Zachodnie wybrzeże Tajlandii jest bardziej imprezowe, szalone, tłoczne. Więc jeśli szukasz nie tylko rajskiej plaży, ale i imprez do rana, licznych barów, restauracji i… wyższych cen, to jest właśnie Twoje miejsce. Phuket, Krabi, Kho Phi Phi, Koh Phangan, do wyboru do koloru.

Ja zdecydowanie uciekam od takich miejsc, przekładając nad imprezownie przy plaży, święty spokój i bar gdzie jesteś tylko ty i właściciel. Stąd mój wybór padł na wschodnie wybrzeże, i trochę spokojniejsze miejsca. Pewnie wyspa Koh Chang z przed 7 lat różni się od tej współczesnej. Ale nadal uważam, że od tego jak spędzisz na niej czas zależy jakie miejsce tam wybierzesz. Są tam plaże i zakątki bardziej turystyczne, głośne, z przydrożnymi jarmarkami, są luksusowe resorty, ale są też bardziej budżetowe miejsca, ze spokojniejszą plażą i swoim naturalnym urokiem.

Na wyspie też nie mieliśmy żadnego noclegu, ani żadnej upatrzonej plaży przy której chcielibyśmy się zatrzymać. Spotkani na promie backpackersi podpowiadają nam kameralną, mniej komercyjną plażę z bungalowami w naprawdę dobrej cenie (wtedy około 80 zł za noc/domek). I tak znaleźliśmy się na Lonely Beach na południowo-zachodnim wybrzeżu wyspy. Opisywana jako plaża backpackersów – wtedy – była wszystkim co potrzebowaliśmy.

Nasza chatka puchatka.
Lonely Beach
Śniadanie…
… i obiad 🙂

SKUTER NA WYSPIE – ABSOLUTNY MUST HAVE.

Jestem człowiekiem czynu. Leżenie na plaży, nieważne jak rajskiej, jest super, ale po jakimś czasie odzywa się we mnie znowu dusza odkrywcy. Chcę jeździć, oglądać, poznawać. Dlatego skuter to świetne rozwiązanie na wyspie – Ameryki nie odkryłam, więc nie będę się nad tym wybitnie rozwodzić. Kilka, według mnie, ważniejszych rzeczy, na które warto zwrócić uwagę:

1. Przy wypożyczaniu skutera zróbcie mu zdjęcia – żeby nikt nie wmówił Wam potem rysy, która już była.

2. Jak się da zostawcie w depozycie ksero paszportu lub inny dokument – nigdy sam paszport!

3. Poproście o kask – niby oczywiste, a jednak… jesteście w Tajlandii 🙂

4. Nie martwcie się o paliwo – dostępne przy każdym straganie w szklanych butelkach, a co 🙂

5. Drogi na Koh Chang bywają górzyste, dziurawe i zapiaszczone, a tajowie mistrzami kierownicy nie są – weźcie to pod uwagę, żeby nie biegać potem po aptekach/szpitalach.

A my narzekamy na nasze dziurawe ulice 🙂

6. Have fun – macie niepowtarzalną okazję zwiedzić tę wyspę na własną rękę i we własnym tempie 🙂

To skuter właśnie dowiózł nas w moje ulubione miejsce na północy wyspy – Khong Koi Beach i rasta bar. Leżaki, reggae, piwko i inne przyjemności – o tak! Czy trzeba czegoś więcej?

CO JESZCZE MOŻNA ROBIĆ NA KOH CHANG?

1. Totalnie zresetować umysł.

2. Iść na imprezę i obudzić się na plaży.

3. Znaleźć bar/restaurację z jedzeniem i rozkoszować się nim z widokiem na Zatokę Tajlandzką.

4. Uciekać przed atakującymi małpami (z życia wzięte).

5. Pojechać na organizowana wycieczkę (np. nurkowanie – zaliczone,
trekking, jazda na słoniach – tego nigdy nie zrobię, nie rozumiem, nie lubię, i inne).

6. Jeździć skuterem do upadłego i szukać „swojego miejsca”.

7. Odwiedzić wodospad wewnątrz wyspy i pobawić się w tarzana.

Można też po prostu odpocząć i nabrać haust rajskiego powietrza, który pozwoli przetrwać w zatłoczonym Bangkoku, do którego wróciliśmy, żeby przerzucić się z powrotem do Phuket, wsiąść w samolot i wrócić do domu.

O Bangkoku będzie osobny wpis, także… stay tuned 🙂

TAJLANDIA – NAJLEPSZE MIEJSCE DO ROZPOCZĘCIA PRZYGODY BACKPACKERA

Dlaczego tak uważam? Bo to miejsce naprawdę łatwe w obsłudze. Wymaga pewnych przygotowań, o których więcej tutaj: Tajskie ABC, ale odwdzięczy się momentami, które na pewno zapamiętacie na długo. Poczujecie, że podróżowanie na własną rękę to najpiękniejsze, co może Was spotkać. Poziom doświadczania miejsca, smakowania go i poznawania innej kultury jest totalnie nieporównywalny do wszystkich organizowanych wyjazdów.  

Tajlandia jest świetnie skomunikowana, nadal przystępna cenowo i przyjacielska. Oczywiście, żeby skosztować tej przyjaźni, też musicie coś od siebie dać. Zajrzyjcie w mniej oczywiste zakątki, ucieknijcie od łatwo dostępnych atrakcji, poszukajcie lokalnych smaków, dajcie szansę na pozór zwykłym miejscom i zwykłym ludziom. Porzućcie sztywny plan wyjazdu, zarzućcie plecak i otwórzcie oczy na wszystko wkoło. Będziecie wiedzieli, czy chcecie w jakimś miejscu zostać dłużej, czy z niego uciec. A wiecie co jest najpiękniejsze? Że możecie to zrobić, bo nic Was nie trzyma, żaden hotel, żadna ustawiona wycieczka. Jesteście Wy, wasz plecak i … zimne piwo w dłoni 🙂 I takich momentów Wam życzę.

A ja? Na pewno tam wrócę. I zakocham się od nowa.

Dodaj komentarz