Tajlandia – mój kierunek i miejsce, gdzie zawsze będę chciała wrócić.
To jest dla mnie jednocześnie najłatwiejszy i najtrudniejszy wpis. Wreszcie się za niego zabrałam, zmotywowana zbliżającą się podróżą poślubną moich ukochanych przyjaciół (:*).
Najłatwiejszy, bo Tajlandia to moje miejsce, uwielbiam, zawsze będę polecać i zawsze będę myśleć kiedy tam wrócę.
Najtrudniejszy, bo okazuje się, że brak emocji związanych z miejscem jest ciężki. Ale za dużo emocji, to dopiero przekleństwo. No bo, o czym mam pisać najpierw – o subiektywnych odczuciach, zapachach, smakach i tęsknotach? Czy o suchych informacjach, co jak i dlaczego? Czy zacząć od tego, że to inny świat, który nie każdy pokocha, a jak zaskoczy to już na zawsze? Czy od tego, że to miejsce, gdzie nadal relatywnie tanio można spędzić cudowne chwile?
Dlatego tak bardzo odsuwałam te wpisy, mimo że paradoksalnie od nich powinnam zacząć.
Bo to właśnie pierwszy wyjazd do Tajlandii w 2012 roku otworzył mi oczy na podróżowanie z plecakiem, bez pośredników i z ogromną dozą spontaniczności.
To ten wyjazd uświadomił mi, że są miejsca tak inne od Europy.
Wiem, że to teraz brzmi dość śmiesznie, bo w przeciągu tych kilku lat zmieniło się dużo. Tanie loty, nawet w najdalsze krańce świata, otworzyły drzwi do zupełnie innego stylu podróżowania. Większa dostępność i możliwości ludzi spowodowały, że teraz kiedy piszę o takim kierunku jak Tajlandia, ktoś pewnie prycha i mówi, że przecież to kierunek jak każdy inny.
Ale wtedy taki dla mnie nie był. I nadal nie do końca tak na niego patrzę. Bo jednak mimo zwiększonej dostępność, to nadal kierunek, który wymaga od nas trochę większego przygotowania. Po to, żeby zaskoczyć nas chociażby tym pierwszym haustem powietrza po wyjściu z samolotu, który się lepi, jest ciężki, inaczej pachnie. O Boże, jak ja go uwielbiam! Wtedy wiem, że jestem naprawdę daleko do domu.
Zastanawiałam się, jak uczynić zjadliwym tekst o dwóch wyprawach, przygotowaniach, wrażeniach, radach i wszystkich „ach i ochach”, które chcę tam wcisnąć. I postanowiłam, że podzielę, ten temat na 3 wpisy, jeden z kilkoma praktycznymi radami jak się przygotować i dwa pozostałe opisujące moje propozycje wypraw na dwa i trzy tygodnie.
Tajlandia – kierunek jak każdy inny. Czy na pewno? Jak się przygotować.
Dla jasności – obie wyprawy były z plecakiem, bez rezerwacji (z małymi wyjątkami), bez klimatyzacji w pokojach, hoteli, taxówek i restauracji. Nie znajdziesz tu listy kurortów, luksusowych hoteli, a w bagażu szpilek. Jeżeli nadal jesteś ze mną, to poniżej kilka subiektywnych rad, od nie zawsze rozsądnej, czasem zbyt optymistycznej, pseudo blogerki.
SZCZEPIENIA
Pierwsza rzecz, o jaką pytają mnie znajomi, to nieśmiertelny temat szczepień. Nie wiem, czy jestem dobrym źródłem informacji, bo za pierwszym razem nie szczepiłam się na nic. Co nie znaczy, że tak jest rozsądnie! Zrobiłam wtedy mały wywiad wśród bardziej doświadczonych backpackersów i uznałam, że tak będzie dobrze (i taniej). W chwilach zwątpienia, w mojej decyzji umacniał mnie czas, który okazał się za krótki, żeby zalecane szczepienia zrobić. Ale, mając na uwadze, że nie każdy tak lekkomyślnie do tematu podejdzie, poniżej kilka punktów ułatwiających eksplorowanie tego wątku.
1. Do Azji południowo – wschodniej NIE MA szczepień obowiązkowych.
2. LISTA ZALECANYCH SZCZEPIEŃ, WG MEDYCYNY TROPIKALNEJ, TO:
| Błonica | 1 dawka i spokój na 10 lat |
| Tężec | 1 dawka dla osób zaszczepionych wcześniej i spokój na 10 lat |
| WZW typu A | 2 dawki i ochrona wieloletnia |
| WZW typu B | 3 dawki i ochrona wieloletnia |
| Dur brzuszny | 1 dawka i spokój na 3 lata |
Żółta gorączka (szczepienie przeciw żółtej gorączce wymagane jest od osób podróżujących bezpośrednio z regionów endemicznego występowania choroby)
U WYBRANYCH PODRÓŻNYCH WG WŁASNEGO RYZYKA, DO ROZWAŻENIA:
| Cholera |
| Japońskie zapalenie mózgu |
| Wścieklizna |
PROFILAKTYKA
| Malaria |
Źródła:
https://szczepieniadlapodrozujacych.pl/zalecane-szczepienia/tajlandia, dostęp 10.02.2019
https://www.medycynatropikalna.pl/info/25/szczepienia, dostęp 10.02.2019
http://cmzir.pl/szczepienia/cennik/, dostęp 10.02.2019
Lista dość długa, oczywiście, to czy się zaszczepicie i na co, jest Waszą indywidualną decyzją.
W TEMACIE SZCZEPIEŃ, WARTO PRZEDE WSZYSTKIM PAMIĘTAĆ O:
1. Czasie – o szczepieniach pomyślcie dużo wcześniej – niektóre np. na żółtaczkę są podawane w 3 dawkach w cyklu: 0, 1, 6 miesięcy (przy czym, bez paniki, już pierwsza jest skuteczna, kolejne warunkują ochronę wieloletnią). Minimalny czas, żeby się za to zabrać to około 4-6 tygodni przed wyjazdem.
2. Historii szczepień – warto sprawdzić, na które choroby już byliście szczepieni, w razie wątpliwości można zawsze zrobić test na obecność przeciwciał (ja tak zrobiłam w przypadku WZW, bo nie mogłam odgrzebać książeczki zdrowia dziecka).
3. Przykładowa lista ośrodków, gdzie możecie wykonać szczepienia TUTAJ.
Szczepienia zostaną wpisane do tzw. żółtej książeczki, czyli międzynarodowej książeczki szczepień, którą zabierzcie na wszelki wypadek ze sobą. No chyba, że nie szczepiliście się na nic – to tutaj problem z głowy, bo nie musicie o tym pamiętać.:)

Jeśli chodzi o kłucie to tyle, moje zdanie jest takie, że dbając o podstawowe zasady bezpieczeństwa i nie podróżując w rejony przygraniczne, bardzo wilgotne, można cześć z tych szczepień odpuścić. Zdecydowanie profilaktykę malarii. Ale oczywiście – zrobicie jak chcecie.
Drugi gorący temat, to:
KIEDY DO TAJLANDII JECHAĆ, ŻEBY NIE SPŁYNĄĆ WRAZ ZE STRUGAMI DESZCZU DO MEKONGU?
Właśnie o ten deszcz się rozchodzi, bo ciepło będzie, na pewno! 🙂
W skrócie: w Tajlandii są trzy PORY ROKU:
1. Chłodna (listopad – luty) – to najbardziej popularny okres turystyczny. Oczywiście chłodna to temperatury w okolicach 30 stopni…Opady sporadyczne, co nie znaczy, że nie zaskoczy Was deszcz. I pisząc deszcz, mam na myśli naprawdę ogromną ilość wody, która spadnie Wam na głowę i sprawi, że w sekundę będziecie przemoczeni do suchej nitki. Ale co z tego? Przecież jest 30 stopni 🙂 Taka właśnie pogoda przywitała mnie za pierwszym razem, kiedy lądowałam na Phuket w listopadzie.
2. Gorąca i sucha (marzec – maj) – tutaj nawet Tajowie wymiękają i uciekają do klimatyzowanych pomieszczeń dużo bardziej ochoczo niż zazwyczaj.
3. Deszczowa (czerwiec – październik) – która ma również swoje plusy. Po pierwsze, jest to najniższy sezon, więc i ludzi jest najmniej. Ceny też niższe. Poza tym, w zależności od regionu, pora deszczowa wcale nie musi oznaczać hektolitrów wody lejących się na głowy przez cały dzień. Będą hektolitry, ale np. przez godzinę albo dwie.
Przede wszystkim, nie ma co się zrażać i nastawiać, że w czerwcu to nie jadę, bo deszcz, a w listopadzie to go nigdy nie doświadczę. Wszystko zależy od regionu Tajlandii, w którym będziecie przebywać no i trochę o szczęścia 🙂 Mając kupione bilety na dany miesiąc, warto pod tym kątem planować Waszą podroż. Znowu, nie mam ambicji pogodynkowych, stąd odsyłam do, moim zdaniem, świetnie opracowanego wpisu na stronie Mandalay. Tam możecie sobie wybrać miesiąc, który Was interesuje i sprawdzić jak wtedy kształtuje się pogoda w zależności od części kraju.
WIZY
Zgodnie z informacją na stronie Ministerstwa Spraw Zagranicznych, przy wjeździe do Tajlandii na pobyt turystyczny nie dłuższy niż 30 dni, zarówno w przypadku wjazdu lotniczym przejściem granicznym, jaki i przejściem lądowym (z Kambodży, Laosu, Malezji) wizy nie są wymagane.
WALUTA
Lokalna walutę, czyli tzw. baty (THB) wymieniamy na miejscu (przed wyjazdem zaopatrzcie się w USD). Uwaga! Zwróćcie uwagę jakie banknoty USD dostaliście – zazwyczaj w kantorach w Tajlandii przyjmowane są jedynie banknoty USD najnowszych edycji. Mnie to spotkało i wiązało się z bieganiem i szukaniem otwartego wcześnie rano lokalnego banku – bo tylko tam wymienią wam te starsze banknoty.
PRAWO JAZDY
Oficjalnie – w Tajlandii NIE JEST uznawane polskie prawo jazdy i trzeba wyrobić sobie międzynarodowe.

Praktycznie – nikt przy wypożyczeniu skutera nie będzie tego sprawdzał. Problemy zaczną się, jak odpukać będziecie mieli wypadek i zostanie wezwana policja. Na 99% to Wy będziecie winni (zawsze, nie ważne co), ale większy problem jest z ubezpieczeniem – w przypadku braku odpowiednich uprawnień możecie mieć spory problem. Czy ja wyrabiałam sobie prawo jazdy międzynarodowe? Oczywiście, że nie. Ale już na wstępie pisałam, że nie zawsze jestem rozsądna, więc może nie warto mnie tutaj naśladować i dla spokoju ducha ten papierek mieć 🙂
Dobra, najważniejsze i to najbardziej oficjalne (bleh) za nami. Nie mam ambicji tworzyć kolejnego konkurencyjnego wpisu z informacjami o cłach, ubezpieczeniach zdrowotnych (warto mieć!), i innymi tego typu nudnymi rzeczami, dlatego z ulgą odsyłam do innych stron, gdzie takie znajdziecie:
Oficjalna strona MSZ: https://msz.gov.pl/pl/informacje_konsularne/profile_krajow/tajlandia
Pogoda: https://www.travelplanet.pl/przewodnik/tajlandia/temperatury/
Inne przydatne stronki: https://www.tourismthailand.org/
https://www.lonelyplanet.com/thailand
JAK SPAKOWAĆ PLECAK, ŻEBY NIE MIEĆ OCHOTY WYRZUCIĆ POŁOWY RZECZY PRZY PIERWSZYM SPACERZE TAJSKIMI ULICAMI?

Jeszcze raz powtórzę – nie miałam w planach chodzenia po eleganckich restauracjach ani paradowania w piątej odsłonie stroju kąpielowego po plaży. Przede wszystkim, miało być PRAKTYCZNIE, LEKKO I JESZCZE RAZ PRAKTYCZNIE.
Na 3 tygodnie spakowałam 7 kg bagażu. Tak! Da się!
Moja złota lista RZECZY MUST HAVE:

1. Dokumenty i ich kopie + (poręczna saszetka na te najważniejsze, żeby je mieć przy sobie).
2. Leki: antybiotyk, coś na pęcherz, stoperan (oj czasem się przydaje, zwłaszcza w dłuuugich podróżach bez przystanków), coś na gardło, i inne wg was niezbędne.
3. MUGGA albo inny repelent na komary tropikalne z dużą zawartością DEET.
4. Spirytus – to nie żart – mała, plastikowa buteleczka – naparstek czasem odkaża lepiej niż wymyślne leki 🙂
5. Aparat fotograficzny/go pro + ładowarki.
6. Telefon z długo działającą baterią, bez sim locka – mam taki relikt w szufladzie, aha!
7. Przewodnik (w drugiej podróży papierową wersję Lonely Planet zastąpiłam wersją elektroniczną na Kindla).
8. Kosmetyki w wersji minimalistycznej + krem z filtrami na słońce.
9. Ręcznik z mikrofibry (broń Boże gruby bawełniany) – pamiętajcie, tam nic nie schnie!
10. Japonki – choć na miejscu jest ich mnóstwo, wszystkie „original my friend”. Osobiście nie znoszę sandałów i uwierzcie mi – całą Tajlandię przechodziłam w japonkach – ale oczywiście rzecz gustu.
11. Okulary przeciwsłoneczne.
12. Kostium kąpielowy.
13. Czapka z daszkiem (za pierwszym razem dostałam udaru słonecznego i od tej pory pokornie dodaję ten element na listę).
14. Ciuchy bardzo podstawowe, ja uwielbiam koszulki z siłowni (lekkie, oddychające), im grubszy materiał, tym Wam będzie go mniej przyjemnie nosić, bo szybko nabierze wilgoci.
15. Stanik out – góra od kostiumu kąpielowego świetnie sobie radzi, mężczyźni mogą się obyć bez tego 🙂
16. Czapka i ciepłe skarpetki (uwierzcie mi, Tajowie uwielbiają klimatyzacje w busach/pociągach, a za bardzo czasem!).
17. Poza tym rzeczy, w których jechałam: 1 para długich spodni + bluza + zakryte buty/adidasy – mogą przydać się na trekkingach, jeśli się na nie wybieracie.
Część z tych rzeczy można kupić na miejscu, jak np. kosmetyki, repelent itd., ale szczerze mówiąc nie wiem, jaka jest różnica w kupowaniu czegoś tu czy tam – bo finalnie i tak ląduje to w plecaku na Twoich plecach.
Naprawdę nie bójcie się małej ilości rzeczy – i mówię tutaj np. o 4-5 koszulkach na 3 tygodnie. Zawsze można je uprać (pralki z suszarkami na żetony dosłownie stoją na ulicy) – co zresztą robiłam nie raz, bo często to jedyny sposób, żeby coś wysuszyć 🙂 Poza tym, ciuchy zawsze możecie tanio kupić na miejscu, fajną opcją są większe bazarki, zwłaszcza te mniej turystyczne. Na miejscu dostaniecie też bez problemu długie spodnie typu „pumpy”, które przydadzą się przy zwiedzaniu świątyń lub jak uda Wam się spalić nogi na słońcu 🙂

I NA KONIEC, WOREK DOBRYCH RAD SMOŁY, CZYLI CZY BAĆ SIĘ JEDZENIA NA ULICY I IŚĆ NA PING PONG SHOW?
Na wstępie – to zupełnie subiektywne, osobiste porady. To, czy część z nich wykorzystacie, zależy tylko i wyłącznie od Waszych potrzeb, poczucia bezpieczeństwa, rozsądku i innych indywidualnych upodobań.


1. JEDZENIE NA ULICY – znajdziecie mnóstwo porad, typu „nie pijcie nic z lodem, jedzcie tylko w restauracjach itp.”. Ja tego typu rady włożyłam sobie głęboko… wiecie gdzie. Przyznaję – są miejsca, gdzie się do nich stosowałam (np. Indie), ale w Tajlandii, po licznych rozmowach z innymi podróżniczymi wariatami, wiedziałam, że jedzenie na ulicy to będzie najlepsze, co mnie tam spotka. I tak było! Najpyszniejsze rzeczy jadłam w najbardziej obskurnych „na ulicznych” barach, gdzie często pokazywałam palcem, co chcę, bo – albo nie było menu – albo były same tajskie szlaczki. Największa frajda to było właśnie znajdowanie takich miejsc. Czy miałam problemy żołądkowe? Sporadycznie tak – ale spróbujcie sobie zjeść o 8 rano mega pikantną zupę i popić to koktajlem z mleka i mango – ciekawe czy w warunkach sterylnych Was to nie ruszy 🙂


2. REZERWOWANIE NOCLEGÓW – przyznaję, jadąc po raz pierwszy z plecakiem, mentalnie miałam z tym największy problem. „Ale jak to? A jak nie znajdę nic wolnego?”. Dla spokoju ducha przyjęłam strategię rezerwowania pierwszego noclegu po przylocie – żeby po kilkunastu godzinach w samolocie mieć ten komfort psychiczny, że wiem gdzie śpię. W Tajlandii kultura noclegowa znacznie różni się od tej w naszym pięknym kraju, gdzie wielokrotnie słyszałam, że „jak na jedną noc, to nie, to thank you”. Tam to jest NORMALNE.

Jak szukałam noclegów? Chodziłam po ulicy i się rozglądałam, pytałam ludzi wkoło – np. płynąc promem na wyspę Kho Chang, para wesołych chłopaków podpowiedziała świetne domki na plaży w niskiej cenie. Czasem bardzo pomocni okazywali się lokalsi, którzy mając zarezerwowany cały hostel prowadzili mnie przez pół mieściny do swojej znajomej, u której akurat były miejsca.
Tylko jeszcze raz, dla porządku. Ja spałam przeważnie w pokojach bez klimy, czasem bez okna (było tak), ze wspólna łazienką bez ciepłej wody (ale po co Wam tam ciepła woda!). Nie potrzebowałam wiele, bo w pokojach spędzałam tylko te kilka godzin snu. Mimo wszystko, zawsze starałam się obejrzeć lokum, zanim powiedziałam tak – bo czasem było tak zagrzybione i cuchnące pleśnią, ze nawet moja żądna ekstremalnych przeżyć głowa mówiła – nie.
Oczywiście, przyznaję, że jeśli szukasz odrobiny luksusu, to w sezonie, dużo lepiej jest rezerwować ją z wyprzedzeniem.
3. TRANSPORT NA MIEJSCU. Uwielbiam! Osobiście uważam, że jest świetnie rozwinięty jak na potrzeby turystyczne, czasem aż za, ale to za chwilę. Co warto zrobić PRZED wyjazdem? Zaplanować sobie, mniej więcej, gdzie będziemy chcieli się dostać, ile mamy na to czasu i pieniędzy. Przejrzeć strony z rozkładami (choć w realu to często tajska fantazja), zwłaszcza np. promów – bo często jest tak, ze ostatni odpływa o 19, a wy docieracie do portu później i jesteście dzień w plecy. Co też ma czasem swoje nieoczekiwane plusy, ale o tym w drugim wpisie.

Ja planując pierwszą wyprawę, wiedziałam, że plan jest mega ambitny jak na 3 tygodnie i zdecydowałam się np. na samolot z Phuket do Chiang Mai – żeby zaoszczędzić dobre kilkunaście godzin jazdy pociągiem. Bilety kupiłam z wyprzedzeniem na stronie Air Asia.

Bilety na pociąg, autobus kupujcie na miejscu – nie ma z tym problemu, a może się okazać, że np. będziecie chcieli zostać gdzieś 1 dzień dłużej. Na połączenia nocne pociągowe – które Wam polecam (oszczędzacie czas i kasę za nocleg) warto kupić bilety odrobinę wcześniej niż 15 minut przed odjazdem, bo może okazać się, że została Wam dolna kuszetka w 3 klasie bez klimy – czego Wam nie polecam (wiatraki są na suficie, więc kuszetki górne w klasie z wiatrakami są mocno pożądane :)).

Na krótkich dystansach wystarczające są popularne TUK TUKI, czyli coś w rodzaju rikszy tylko zmotoryzowanej, z szalonym Tajem za kierownicą. Przeżycie jedyne w swoim rodzaju, absolutny must have, a mój jedyny jeśli chodzi o przemieszczanie się np. po Bangkoku. Nigdy nie jechałam taxówką, bo tuk tuk w zupełności mi wystarczył. Oczywiście przed jazdą ustalcie cenę „za kurs”, targujcie się – to normalne. Czasem, kiedy jedziecie odrobinę dalej, warto zebrać większą ekipę tych z plecakami i podzielić kurs na kilkoro osób – taniej i radośniej 🙂

Uwaga na lotniskach! Zostaniecie zasypani ofertami Lux Transportu, super taxówek, usłyszycie, że busy miejskie nie jeżdżą, że trzeba na nie czekać 3 godziny. Nie dajcie się. Załóżcie pelerynę niewidkę, wyjdźcie przed terminal i pójdźcie dokładnie do transportu, który sobie wcześniej wybraliście (bus, tuk tuk, kolejka naziemna). Zaoszczędzicie masę pieniędzy już na samym wstępie.
4. WYCIECZKI Z BIUR PODRÓŻY
Mam alergię na biura podróży, te lokalne też. Zawsze staram się zrobić coś na własną rękę i nigdy się jeszcze nie zawiodłam. Nie zawsze się da. Albo da się, tylko ja nie odkryłam jak. Więc w Tajlandii z takich organizowanych wycieczek skorzystałam 2 razy. Pierwszy raz, jak planowaliśmy 3-dniowy spływ Mekongiem, przez Laos. Drugi, kiedy chcieliśmy spędzić noc w domkach-tratwach w Parku Narodowym Khao Sok. Każde pozostałe mini wycieczki organizowaliśmy sobie sami, często na spółkę z innymi backpackersami dla podziału kosztów – i tak np. w Chiang Rai dojechaliśmy do wodospadów tuk tukiem i zapłaciliśmy jakąś 1/20 ceny „wycieczki” w biurze przy ulicy. Gorąco zachęcam do działania na własną rękę, raz że koszty, a dwa – zdecydowanie większy urok.
5.SŁYNNA KHAO SAN ROAD W BANGKOKU I PING PONG SHOW

Zakładam, że Bangkok odwiedzicie i jestem pewna, że wylądujecie również na Khao San Road – znanej z imprez, straganów, głośnej muzyki, pijanych Brytyjczyków (i nie tylko Brytyjczyków) i lejącego się strugami zimnego piwa. Ja od siebie dodam jeszcze Panie Żaby – sprzedające drewniane figurki skrzeczących żab i mnóstwo naganiaczy. No właśnie, naganiacze….to od nich usłyszycie setki razy zaproszenie na Ping Pong Show, nie ważne czy jesteście kobietami czy facetami, z jakiś powodów Tajowie myślą, że to właśnie po to lecisz te 14 godzin samolotem. Po to żeby zobaczyć…no. Ja na Ping Pong Show nie byłam i nigdy mi to nawet przez myśl nie przeszło. Więcej o tym pisać nie będę – bo nie warto. Jesteście ciekawi? Wujek Google na pewno posłuży pomocą. Na koniec tylko przytoczę zdanie usłyszane z ust mężczyzny – widza: „Niestety, rzeczy zobaczonych nie da się od-zobaczyć, a szkoda”. Amen.
Na koniec ostatnia rada – pakujcie plecak i w drogę! Czeka na Was zupełnie inny, cudowny i niezapomniany kawałek świata!


Jakież to profesjonalne 👍👍👍