Przyznaję bez bicia – trochę ociągałam się z tym wpisem. Po pierwsze dlatego, że już wróciliśmy i wiadomo, gros przyziemnych obowiązków spadło na głowę. A po drugie, bo… niezbyt polubiliśmy się z Wiedniem i jakoś entuzjazm do opisywania tego miejsca opadł.
Ale dzielnie otworzyłam okno bloga i skrobię.
Do Wiednia dojechaliśmy późnym popołudniem, z żalem opuszczając Włochy i zostawiając beztroskie chwile za sobą. Na miejscu okazało się, że Smoła inteligentnie zarezerwowała nocleg przez Airbnb i okazało się, że mamy do dyspozycji prywatny pokój w mieszkaniu. Jedna noc, tragedii nie ma, choć dziewczyna będąca gospodarzem była dość specyficzna, wpuściła nas do mieszkania i zamknęła się u siebie, praktycznie nic nam nie mówiąc. Domyśliliśmy się gdzie śpimy i jak najszybciej poszliśmy „na miasto”.

Mieszkaliśmy w spokojnej część, więc jakież było nasze zdziwienie, kiedy wyłaniając się ze stacji metra w centrum, zaatakowało nas morze ludzi wszelkiej maści. Było tłoczno. Ale w sumie, czego spodziewaliśmy się w sobotę w szczycie sezonu? 🙂
Nasze zwiedzanie przewodnik nazwałby profanacją Wiednia i w sumie, to nie kłóciłabym się z nim. Zaczęliśmy od wsunięcia mięsnych dań popitych zimnym piwem (dooobre było!).

Potem przeszliśmy się po centrum, podziwiając dziesiątki rzeźb, pomników, które owszem – robią wrażenie.



To co również robi wrażenie, to ceny w Wiedniu. Przestaliśmy przeliczać na PLN już dawno, ale po zapłaceniu prawie 100 zł za dwie zwykłe kawy i dwa kawałki ciasta, zgodnie przyznaliśmy, że dobrze, że jesteśmy tu tylko te kilka godzin.
W poszukiwaniu dalszych wrażeń, dałam się namówić na wizytę w Parku rozrywki Prater położonym w publicznym parku miejskim o tej samej nazwie.
Stary dobry PRATER chciałoby się rzec. Nie wiem czy wiecie, ale tutejsza najsłynniejsza atrakcja – Riesenrad, czyli diabelski młyn, powstała w 1895 roku! Później stopniowo powstawały kolejne diabelskie wynalazki, które cieszą do dziś.


Wchodząc na teren Parku faktycznie przenieśliśmy się w czasie. Pokonując swój strach, czy też rzucając do puszek, żeby wygrać pluszaka, odkryliśmy w sobie zapomniany kawałek dziecka. Było fajnie 🙂
Tak skończyła się nasza wiedeńska przygoda. Pierwszy raz opuszczaliśmy jakieś miejsce z ulgą. Być może dlatego, że mijał 3 tydzień naszej podróży, a być może Wiedeń już tak nie czaruje jak kiedyś.

