Jako, że pomyliły nam się dni i okazało się, że mamy jeden „w gratisie”, postanowiliśmy zahaczyć po drodze do Kanicy w Chorwacji o wyspę Mljet.
Droga tutaj nie była łatwa, właściwie to był najgorszy odcinek, bo staliśmy prawie 3 godziny na granicy Czarnogóra-Chorwacja. W ponad 30-stopniowym upale jest to dość…męczące, nawet z klimą w aucie.
Wyspa Mljet
Ale wreszcie osiągnęliśmy nasz punkt B na mapie i dotarliśmy do portu w Prapratno, skąd wypływają promy na wyspę Mljet. Wysłana po bilet, uśmiałam się, bo okazało się, że następny jest za ponad 3 godziny, o 20:30 🙂 Na szczęście, po drodze wyposażyliśmy się w jednorazowego grilla w Lidlu (Boże, dzięki Ci za ten wynalazek) i kiełbaski, które mieliśmy odpalić na kempingu. Zamiast tego, zrobiliśmy jedynego w swoim rodzaju grilla i jeszcze trafiliśmy na zachód słońca – idealnie.


W ten sposób zabiliśmy nie tylko głód, ale też czas i 3 godziny minęły dość sprawnie. Tym bardziej, że prom finalnie odpłynął 45 minut wcześniej (a to był ostatni na wyspę). Dla tych, którzy chcą go złapać – lepiej być sporo wcześniej, bo jak widać dużo tutaj zależy od chorwackiej fantazji 🙂

Już grubo po zachodzie słońca wspinaliśmy się krętymi drogami na wyspie, zastanawiając się, czy na kempingu, który sobie wymyśliliśmy będzie miejsce. Było – ale nawet nie próbowaliśmy rozbijać namiotu – zamiast tego golfik posłużył za naszą sypialnię. I sprawdził się naprawdę wyśmienicie 🙂 Tak dobrze, że następną noc też tak spędziliśmy.

Wyspa jest uważana za najbardziej zieloną wyspę Chorwacji – nie mam porównania, ale jestem w stanie w to uwierzyć. Praktycznie 1/3 wyspy zajmuje Park Narodowy i właśnie tam udaliśmy się pierwszego i jedynego pełnego dnia na wyspie.
Najbardziej popularnymi „atrakcjami” w Parku są dwa jeziora – Duże i Małe, które postanowiliśmy objechać rowerami. Wypożyczalnia jest zaraz przy wjeździe do Parku, rowerów mnóstwo. Cena też wysoka, bo za dwa rowery na cały dzień zapłaciliśmy około 140 zł. Plus tyle samo za wejście do Parku dla dwóch osób… Już wiemy to doskonale – Chorwacja JEST droga.


Na szczęście widoki były cudowne, mało turystów, no i woda w jeziorach miała niemożliwie niebieski kolor. Jeziora teraz są słonowodne, ponieważ są połączone z morzem kanałem, ale kiedyś przez bardzo długi czas były słodkowodne. Dotarliśmy do cypelka, który właściwie wychodzi już na morze i tam się zbunkrowaliśmy w skalnej zatoczce. Powiem tak: źle nie było 🙂

Na drugim końcu znaleźliśmy fantastyczną mieścinę z 3 restauracjami zaraz przy wodzie. Nasza oferowała Daily Fish (teoretycznie z dzisiejszego połowu) z warzywami za, jak się później okazało w Kanicy, przyzwoitą cenę, tj. 100 Kun, czyli jakieś 58 zł za danie.

Ryba była fantastyczna, miejsce jeszcze lepsze – zdecydowanie przyjemniejsze niż promowane restauracje na wysepce Sveta Marija, która była kolejnym naszym punktem wycieczki (łódka na/z wyspę/y jest w cenie biletu do Parku). Mieści się tam klasztor benedyktyński, który przechodził w różne ręce (kiedyś był tam też hotel), obecnie jest pod opieką diecezji w Dubrowniku i jest odnawiany.



Oddając rowery, nie mając siły przebicia, zgodziłam się na wyprawę do jaskini Odyseusza, która znajduje się po drugiej stronie wyspy. Do jaskini schodzi się ścieżką prowadzącą z drogi i idzie się około 20 minut. Przetrwałam tylko dzięki pysznemu, lokalnemu cydrowi, który automatycznie zakończył moją przygodę z prowadzeniem samochodu tego dnia. Coś za coś 🙂

Pewnie nie wiecie o co chodzi z tą jaskinią. Ja nie wiedziałam. W skrócie Odyseusz, zwabiony i uwięziony przez nimfę Kalipso, żył tam 7 lat, nie mając siły (albo odwagi), aby odejść. Po 7 latach udało mu się wyswobodzić (z małą pomocą Hermesa) i wrócił do swojej żony Penelopy. Cóż…czy to jest TA jaskinia? Nie wiem, ale czy to ważne? Cała zabawa polega na wierzeniu czasem w takie historie i wyobrażaniu sobie, jak to wtedy było (chociaż z tą wyobraźnią w tym przypadku to ostrożnie!:) )


Jaskinii nie eksplorowałam, ale zostałam w jedynym w swoim rodzaju barze na skałach przy wejściu do jaskini. Klimat iście hippisowski, muzyka, zimne piwo, hamaki i widok na morze. Może ta jaskinia wcale nie była złym pomysłem:)? W samej jaskini podobno świetnie, dużo miejsc do skakania do wody ze skałek (z wysokości od 3 do 22 metrów), a woda nieprzyzwoicie niebieska.


Nasz pobyt na wyspie szybko się skończył i po 2 noclegach w golfiku ruszyliśmy w stronę Kanicy do naszych znajomych (pozdrawiamy serdecznie ;)!
Kanica
Kanica to bardzo spokojna, mała miejscowość położona w połowie drogi między Splitem a Szybernikiem. Tutaj też spędziliśmy całe dwie noce – tym razem śpiąc na tarasie od gołym niebem – żeby nie było za nudno 🙂


Tutaj był czysty relaks, trochę wypitego na tarasie wina i nie tylko, oraz pół dnia spędzone na łódce – co było genialnym pomysłem naszego kolegi Artura vel Bonq’a (!). Wypożyczenie łódki kosztowało nas 60 euro za cały dzień + zużyte paliwo (ok. 5 euro). Było warto!



Udało nam się spędzić w Chorwacji trochę czasu w naprawdę niezbyt turystycznych miejscach i dzięki temu oddychamy. Dodatkowo cudowna gościna i domowy makaron z owocami morza zrobiły robotę!


Ale, pora ruszać w drogę, tym razem na Słowenię. Chociaż, nie do końca tam wylądowaliśmy, ale o tym w kolejnym wpisie…:)


Smoluszku, już chyba za dużo tego wina, bo literoweczki zaczynasz robić 🙂
Hahah tym razem to Aperol 🙂